Nostalgia singielki

Przy poniedziałku będzie krótko i odrobinę prześmiewczo.

Chyba już jednak jestem stara skoro tęsknię za starymi „dobrymi” czasami. Kiedyś, jak facet chciał dziewczynę do łóżka zwabić to przyłaził z badylkiem. Czasami do badylka coś tam miał. Co bardziej wytrwały to i ślub obiecał, mieszkanie M3 w kredycie na 30 lat i dwoje dzieci. Potem trochę zabawy, sprawdzania zgodności charakterów i kompatybilności narządów płciowych i dopiero wtedy ucieczka.

Nowoczesny facet jest ponad to. Jak jeszcze jest 30+ i kawaler to kaplica. Towar deficytowy na rynku matrymonialno-prokreacyjnym. A wiadomo, że tam gdzie popyt jest większy niż podaż to niestety dostawca produktu dyktuje ceny i warunki. A po ludzku a nie po ekonomicznemu- skończyły się się czasy kiedy panna wybierała kawalera.

Skończyły i nie wrócą- chyba, że jakiś wirus wybije połowę populacji kobiet na ziemi (taki pomysł na film już ktoś miał).

Zdarzają się jeszcze tacy, którzy stwierdzają, że „jak będzie nam razem dobrze w łóżku to kto wie…może i będziemy razem”. I pewnie to działa nawet. Dlaczego działa? Bo jeżeli w połowie tak durnej propozycji dziewczyna go jeszcze nie zablokowała to jest spora szansa, że w desperacji się zgodzi. Żadna tam ze mnie cnotliwa idealistka, która wierzy, że miłość i związek to tylko romantyczne spacery i patrzenie sobie w oczęta. Epokę mamy taką, że nie tylko hajs się musi zgadzać ale łóżko również.

„Bez randkowania nie ma bzykania”. To powinna sobie powtarzać każda niewiasta, która nie szuka przygody na noc. Jak akurat szuka i potrzebuje to też super i wszystko wygląda wtedy inaczej. Jeżeli jednak szuka partnera na lata a nie godziny to od czasu do czasu warto faceta postraszyć paskudnym słowem RANDKA. Randka w miejscu publicznym oczywiście. Nie pizza i wino na jego kanapie (najlepiej jego bo wtedy ma z głowy powrót do domu po wszystkim a Ciebie wsadzi w taksówkę i z głowy), wyjście do ludzi. Wyjście na luzie a nie z mruczeniem pod nosem, że byle nie spotkać nikogo znajomego. Pal sześć badylki. Kobieta chce wiedzieć, że chcesz spędzić z nią czas.

Nie wiem jak Wy ale ja średnio lubię czuć i myśleć, że jestem tylko opcją do czasu spotkania tej jednej i jedynej, Pewniaka na resztę życia. Każdej z nas życzę siły i wytrwałości aby takich kawalerów od siedmiu boleści umieć wysyłać w cholerę. Niech sobie randkują z Renią Grabowską skoro najważniejsze to pozbyć się ciężaru nagromadzonego materiału genetycznego w gaciach.

Reklama

Szczęście, karma i trudna sztuka odpuszczania. Studium krótkie i subiektywne.

Ile razy słyszałaś, że nie powinnaś budować swojego szczęścia na czyjejś krzywdzie? Serio aż tyle? Ja pewnie też coś w ten deseń. A czy masz wrażenie, że to odrobinę niesprawiedliwe?

Zaraz pomyślicie- co za jędza, która idzie do celu po trupach. Szkoda czasu na ten tekst. STOP ! Ja też uważam, że wyrachowanie i krzywdzenie innych dla hajsu, kariery czy podbudowania własnego ego nie jest dobrą drogą. I perfidia to nie jest to samo co szukanie szczęścia.

Ile znasz par, w których obie osoby są nadal w swoim pierwszym związku mając 20cia, 30ci czy 40ci lat? Szybkie podliczenie i rzut oka na fejsa i już wiesz, że nie tak znowu wiele. A im więcej lat, tym mniej palców u dłoni potrzebujemy na takie obliczenia. Człowiek jest zwierzęciem monogamicznym z kultury a nie natury (proszę bardzo zlinczujcie mnie za to stwierdzenie). Każdy związek w jakichś okolicznościach się zaczyna i nierzadko w jakichś kończy i z reguły nie jest to etap przyjemny.

Budowanie szczęścia na cudzej krzywdzie mi kojarzy się z klasycznym uczuciowym trójkątem. Para + ta/ten dodatkowy człowiek krążący wokół i czekający na okazję? Może szansę? Ciężko to dobrze nazwać. Jestem kobietą więc będę pisać o opcji Ona +On + ta druga. Nie zamierzam błądzić po meandrach związków i uczuć. Net pęka od takich mądrości.

Jakie więc opcje się rysują?

  1. Ta druga walczy i wygrywa.
  2. Ta druga walczy ale zostaje spławiona (czy tylko mi się wydaje, że to opcja najczęstsza).
  3. Ta druga w strachu przez zemstą karmy odpuszcza.

I tu właśnie pojawia się sedno moich rozważań. Dlaczego do jasnej ciasnej anielki uważa się, że to wyłącznie ta druga usiłuje budować szczęście na czyjejś krzywdzie? A co z jej uczuciami, poczuciem straty i smutkiem jaki zapewne odczuwa? To się zupełnie nie liczy? Czy facet szukający lepszej opcji w nudnym życiu nie krzywdzi osób, które stały się opcjami odrzuconymi? Czy ta pierwsza, która za wszelką cenę stara się utrzymać status quo związku nie krzywdzi pozostałej dwójki? Każda z tych osób może ale nie musi w tej sytuacji kogoś skrzywdzić i piętnowanie tylko jednej jest wredne.

Może sprawiedliwe by było aby w takiej sytuacji każde poszło w swoją stronę i to karma, na którą się tak chętnie powołujemy, zdecyduje czy i kiedy przeciąć jeszcze życiowe ścieżki tych osób?

Na koniec droga Druga Kobieto pamiętaj, że ani Ty ani dobra dusza, która Ci doradza, nie znacie nigdy pełnej historii tego co w danym związku.

Odpuszczenie to ryzyko.

Walka to ryzyko.

Całkowite zaprzestanie poszukiwania szczęścia to Twoja największa krzywda, za którą jednak karma się nie zemści 😦

Nuda- cichy morderca

Mam tu oczywiście na myśli śmierć relacji między partnerami. Oczywiście przy rozstaniu nikt nikomu nie powie „wiesz, między nami koniec bo się nudzę”. Nuda jest sprawdzianem relacji bo nudzić się we dwoje to sztuka trudniejsza niż by się mogło wydawać.

Przede wszystkim każda osoba inaczej interpretuje co jest nudne, co ekscytujące, co relaksuje a co pozwala rozładować emocje. W relacjach partnerskich nudny może być zarówno cowieczorny seans seriali, jak i powtarzalny, monotonny sex. Dobrze widzicie, to nie błąd w tekście- sex też może być nudny. Zwłaszcza jeżeli relacja opiera się tylko na nim. Nie ma co się czarować, takich pseudo relacji jest coraz więcej. Jest to z pozoru wygodne, zaspokaja podstawowe potrzeby a jednocześnie nie burzy ustalonego porządku. Z pozoru bajka… Nie da się w niej jednak uniknąć nudy, skoro opiera się na jednej, powtarzalnej czynności bez chęci poznania się w różnych sytuacjach.

Aby nie było nudno ludzie powinni:

  • chcieć się poznawać
  • chcieć próbować nowych rzeczy (zboczeńcy nie mam na myśli testowania całej Kamasutry a raczej nowych miejsc, smaków…)
  • szczerze rozmawiać o swoich marzeniach i oczekiwaniach
  • przestać używać zwrotów ZAWSZE i NIGDY
  • spędzać wspólnie czas poza strefą komfortu (po ludzku… wyjść z mieszkania, wyjechać na weekend)
  • być dumni ze znajomości zamiast się jej wstydzić i ukrywać po kątach

Ta ostatnia kwestia jest moim zdaniem kluczowa. Dlaczego? O ile ukrywanie  swojej relacji może być przez chwilę ekscytujące, to po pewnym czasie zaczyna nas ograniczać. Pojawia się strach na zasadzie „a co jak nas ktoś zobaczy?” Z tej obawy rezygnujecie z wyjazdów, wspólnych wyjść, posiadania wspólnych znajomych. Śmieszno i straszno, ale nawet zapewne Sylwestra spędza się oddzielnie bo jedno lub oboje wstydzą się wprowadzić wzajemnie do „własnego towarzystwa”. W ten sposób ludzie ograniczają ilość rzeczy, które można wspólnie robić. Dopuszczają się wzajemnie do jedynie kilku obszarów swojego życia, zamykając na głucho wszystkie pozostałe.

Matematyczne prawda mówi, że nie ma znaczenia jak dużą liczbę pomnożysz przez zero bo wynik i tak zawsze będzie jeden i wyniesie wielkie  NIC. Można ją odnieść właśnie do takich relacji, w których partnerzy chcą dawać jak najmniej z siebie a jednocześnie czerpać maksymalnie dużo przyjemności i pozytywnych bodźców. Mogę takie osoby porównać do wampirów albo kosmicznych czarnych dziur… wsysają wszystko co znajdzie się w ich zasięgu ale nic nie dają z siebie. Wyczerpawszy źródło energii- rozrywki, ruszają dalej bez żalu porzucając zabawkę, która się znudziła.

Moje motto na listopad: odrobina zdrowego egoizmu jeszcze nikogo nie zabiła- chcesz czegoś ode mnie, to powiedz ile możesz mi dać.

Pożądanie- czy kobiecie wreszcie wypada okazywać zainteresowanie facetami czysto niematrymonialne?

Jakiś czas temu urządziłam na profilu fejsbuczkowym małą ankietę i zapytałam co jest gorsze? Miłość bez sexu czy sex bez miłości? Większość odważnych respondentów, w tym również ja, odpowiedziała, że jednak nie wyobrażają sobie białych związków a takie oparte wyłącznie na fizyczności nie są aż tak straszne. Czy jednak kobietom takie poglądy uchodzą płazem? Wydaje mi się, że nie do końca a przynajmniej nie w naszym kochanym Myszopolis.

W kulturze zakorzeniony jest pogląd, że facet, który prowadzi bujne życie erotyczne to bohater dowodzący swej sprawności, jurności i niewyczerpanych sił witalnych. Natomiast kobieta to mówiąc bardzo niekulturalnie puszczalska szmata 😦 Ogromnie ubolewam nad takim postrzeganiem świata oraz jeszcze bardziej nad krzewicielami takich opinii, których rozwój ewolucyjny zatrzymał się gdzieś na etapie wiary w to, że popęd płciowy u kobiet to choroba psychiczna i przystoi tylko kobietom lekkich obyczajów.

Mądrości w stylu: „klucz, który otwiera wszystkie kłódki jest zajebisty ale kłódka, którą można otworzyć każdym kluczem jest do dupy”, są przejawem nadal żywego szowinizmu. Według nich facet może iść w miasto i szukać ujścia nadmiarowi energii a kobieta powinna udawać, że nie ma potrzeb seksualnych a jeżeli już nawet to raczej zaspokajać je- wybaczcie kolejny kolokwializm- we własnym zakresie. Analogicznie mężczyzna szukający jednorazowej przygody w razie niepowodzenia wzrusza ramionami i idzie dalej w niezachwianym przeświadczeniu o swojej niesamowitości (ja jestem maczo, nie wiesz co tracisz, co boisz się, że za dobrze Ci będzie), kobieta natomiast to od razu niewyżyta nimfomanka, która powinna się wstydzić i w ogóle to kto się z taką lafiryndą ożeni!!!

Uważam, że każdy żyje jak ma ochotę i jakie ma możliwości. Można żyć długo bez ślubu lub innych form deklaracji. Można to nazywać związkiem otwartym lub wcale nie stosować tego okropnego i budzącego grozę w sercach największych twardzieli słowa. Powszechnie bowiem wiadomo, że słowa takie jak związek, randka, ślub wywołują w samcach gatunku homo sapiens pewne niekontrolowane odruchy. Podejrzewam nawet, że prędkości rozwijane przez najwytrwalszych w trakcie ucieczki, zdeklasowałyby większość sprinterów światowej czołówki z rekordzistą świata na 100m Usainem Boltem włącznie.

Skoro zatem szanowni Panowie życzą sobie wolności i niczym nieograniczonego prawa do trwonienia własnego  materiału genetycznego, to może pora pozwolić nam kobietom na to samo, bez potępienia, etykietek i szufladkowania. KOBIETA MA PRAWO ODCZUWAĆ POŻĄDANIE I SATYSFAKCJĘ ZE WSPÓŁŻYCIA. Czy to aż tak wiele? Nie mam tu oczywiście na myśli pijackich eksperymentów nie wiadomo gdzie i nie wiadomo z kim 🙂 za kogo mnie macie… Pamiętajmy, że wszystko zaczyna się w głowie. Kobiece pożądanie również i czasami wymaga dokarmienia odpowiednimi słowami i gestami.

Podobno kobiece libido daje o sobie znać najbardziej po 30-tce. Nie wiem na ile jest to stwierdzenie uniwersalne ale warto pamiętać, że nawet jeżeli odczuwa się większe potrzeby należy pamiętać o kilku sprawach (uwaga to ten moment kiedy moralizuje i przynudzam):

  • nigdy nic na siłę- nawet najfajniejszy facet nie ma prawa wymagać od nas czegoś na co nie mamy ochoty!!!
  • pożądanie nie powinno przesłonić zdrowego rozsądku- zawsze na pierwszym miejscu bezpieczeństwo!!!
  • jeżeli to nie jest jednorazowa przygoda to warto określić wzajemne oczekiwania i granice!!!
  • niech nigdy nie będzie wszystko jedno gdzie i z kim!!!

Kobiety, dziewczyny, niewiasty nie wstydźmy się swoich potrzeb bo przecież natura jest kobietą. Jeżeli ktoś twierdzi, że mamy się wstydzić własnej seksualności to nich lepiej zajrzy do własnego łóżka bo pewnie tam wieje chłodem skoro szuka sensacji z cudzym.

 

Żyjąc w cieniu bluszczu.

Przyszła jesień a więc pora na lekko nostalgiczne rozważania.

Ludzkie życie to odbicie praw rządzących całą naturą. Mamy prawa stada, samców alfa, jednostki uległe i wiele innych podobieństw.  Mamy też pasożyty, które karmią się siłą innych osobników i to im chcę poświęcić ten krótki tekst.

Żyjąc w relacji za człowiekiem-bluszczem najczęściej nie jesteśmy tego świadomi. Nie musi to być nawet związek romantyczny. Wystarczy znajomość czysto platoniczna, koleżeńska a w mniemaniu ofiary nawet przyjacielska.

Oto kilka moich spostrzeżeń na temat takich osób:

1. Bluszcz nigdy nie jest na 100% sam- przechodzi płynnie od jednej relacji do drugiej i zawsze zanim porzuci poprzednią ofiarę musi zdobyć pewność, że nowa jest już całkowicie mu podporządkowana. Nie ryzykuje, nie rzuca się na głęboką wodę- kalkuluje na chłodno i wybiera większe korzyści. Jeżeli nowy żywiciel daje więcej to bez żalu porzuca poprzedniego ale potrafi też bardzo długo grać i manipulować na wiele frontów zanim znajdzie optymalne środowisko dla dalszego rozwoju.

2. Bluszcz jest mistrzem kombinowania i lawirowania. Z zasady nie przepracowuje się bo to poniżej jego godności a w dodatku od uciążliwych czynności ma ludzi. Cokolwiek zleca swoim ofiarom, ma być wykonane już, teraz, natychmiast bez względu na to czym dana osoba zajmuje się w chwili otrzymania polecenia. Zdecydowanie nadużywa trybu rozkazującego: sprawdź, zobacz, wyślij, zrób. Nie pozostawia czasu na zastanowienie ani dyskusję. Żyje według zasady: zawsze dostaję to czego chcę.

3. W przypadku przebłysków świadomości, ofiarę wpędza w poczucie winy. Odmówiłam więc nie jestem dobrą partnerką, koleżanką, przyjaciółką. W dodatku bluszcz to często kolekcjoner. Sądzicie, że haki zbiera się tylko w filmach? Nic bardziej mylnego. Pasożyt doskonale zna słabości swoich ofiar  umie nimi zagrać w odpowiednim momencie. To jeszcze nie szantaż ale już działanie na podświadomość i manipulacja.

4. W myśl zasady, że innych podejrzewamy o własne grzeszki, bluszcz jest z reguły bardzo nieufny. Każde minimalne odstępstwo od własnych zasad traktuje jako zdradę. NIE to słowo zakazane. W dodatku każdy przejaw asertywności jest surowo zabroniony.

5. Bluszcz to często źródło dobrych rad. Jednakże dziwnym zrządzeniem losu wszystkie rady i sugestie dawane znajomym mają mu się w przyszłości przysłużyć a niekoniecznie osobom, które z tych dobrodziejstw powinny skorzystać.

Jeżeli w trakcie czytania tego tekstu przyszła Ci na myśl jakaś osoba, z którą łączą Cię podobne relacje to możesz wykonać prosty test.

Poproś takiego przyjaciela o drobną przysługę ale taką, która będzie na już i będzie też wymagała trochę czasu. Zrób to w jej/jego czasie wolnym, kiedy teoretycznie nic nie powinno stać na przeszkodzie i zaczekaj na reakcję.

Bluszcz zawsze znajdzie milion wymówek a przyjaciel rozwiązanie.

Ewolucja serca.

Raczej Was nie rozczaruję wyjaśniając, że oczywiście nie chodzi mi o kwestie medyczno-biologiczne:) Jak zwykle czepiam się sfery uczuciowej i związkowej.

Miłość napędza zarówno literaturę jak i kinematografię, że o kilku gałęziach biznesu nie wspomnę. Jest wszędzie….w piosenkach, serialach, gazetach, internecie. Taka swojska i oczywista a jednocześnie pełna presji bo heloł ale jak jest nowy sezon w sklepach z ciuchami to trzeba wymienić garderobę a jak koleżanki zaczynają wychodzić za mąż to trzeba mieć boskiego faceta na te śluby żeby wszystkim oko zbielało bardziej niż suknia panny młodej.

O tempora o mores!!! Już nawet nie w głowach ale w dupach nam się poprzewracało od tego dobrobytu. Napiszę coś strasznego i niedzisiejszego ale MIŁOŚĆ JEST JAK DZIECKO- rodzi się a później dojrzewa i starzeje by zatoczyć krąg.

Nie jestem fanką polskich „komedii” ale jeden tekst o miłości trafia do mnie bardzo bardzo mocno. NA RAZIE ZAKOCHAĆ A POKOCHAĆ PRZYJDZIE Z CZASEM!!! Wiecie z którego to filmu? Nie podpowiem ale chyba się zgodzicie, że coś w tym jest.

W języku polskim słowo kochać pojawia się z wieloma przedrostkami:

ZAkochać- to pierwsza faza uczucia..ta z motylkami w brzuchu kojarzycie pewnie. Milion myśli, randki, kwiaty i nieprzespane noce bo on/ona ciągle pisze i tematy się nie kończą.

POkochać- to już wyższa szkoła jazdy. Motylki już nie takie ruchliwe. Poznaliście się trochę i nie ukrywajmy okazało się, że nie tylko same superlatywy…pojawiają się pierwsze zgrzyty, zauważamy coraz więcej cech i pozytywnych i negatywnych bo kurde jednak widzimy się w większej ilości życiowych sytuacji. To jest faza decydująca w sumie o tym czy ciąg dalszy nastąpi. Osoby uzależnione od hormonów szczęścia czyli tych biednych motyli na tym etapie biegną na nową łąkę i nie oszukujmy się dzieje się tak często. Niedobitki trwają w tej fazie i nie ma w sumie określonego ile ona trwa. Czasami do ślubu, czasami do rozwodu a czasami do grobowej deski.

ODkochać- to się dzieje kiedy z tych lub innych powodów wybijemy wszystkie motyle. Nagle ta druga osoba ma same wady a żadnych zalet lub po prostu pojawił się ktoś nowy i dał nam zastrzyk energii i szczęścia. Coraz częściej odkochujemy się i rozstajemy bez żalu i refleksji. Kolejne związki traktujemy jak opatrunki na rany zadane przez poprzedniego partnera. Oczywiście zawsze łatwiej ma ta osoba, która zrywa lub porzuca. I tu uwaga bo ludzie o tym zapominają lub z rozmysłem ignorują fakt, że LUDZIE NIE ODKOCHUJĄ SIĘ W TYM SAMYM MOMENCIE i zazwyczaj któraś strona cierpi.

ROZkochać- nieolimpijska pseudodyscyplina sportowa polegająca na wykorzystywaniu cudzych uczuć dla własnej korzyści. Wywołuje we mnie głęboką pogardę ale wyjątkowo na facetach psów wieszać nie będę bo dziewczyny nie są wcale lepsze w tej kwestii.

Życie to nie jest bajka Disneya ani komedia romantyczna. Nikt nie jest w stanie zagwarantować nam, że pierwsza miłość będzie tą ostatnią, że każda miłość będzie odwzajemniona i szczęśliwa. Tak się po prostu nie da a jednocześnie rozstanie nie oznacza, że się nie kochaliście. Po prostu uczucie poszło w innych kierunkach w życiu.

Miłość to 1000% akceptacji pewnie dlatego tak często nie kochamy nawet siebie samych. To ponoć podstawa udanego i bogatego życia….nie mam na myśli stanu konta bankowego. Ja nad tym z marnym skutkiem nadal pracuję.

Pokłócona z życiem.

Ogólnie Wszechświat i Ja ostatnimi czasy coraz mniej się lubimy niestety. Podobno nieszczęścia chodzą parami ale ja mam oczywiście swoją własną teorię spiskową 🙂

Kojarzycie taki obrazek: główne wydanie wieczornych wiadomości; jakaś niewielka miejscowość, w której po raz kolejny doszło do śmiertelnego potrącenia bo wariaci jeżdżą 50 km/h ale pomnożone przez 2 lub 3. Społeczność w akcie buntu postanawia zwrócić światu uwagę na ten problem i zaczynają blokować główną ulicę. Blokada jest specyficzna i polega na ciągłym przechodzeniu przez przejście z transparentami oczywiście. Ogłupiali kierowcy stoją przed tym przejściem, klną pod nosem tudzież dużo głośniej ale kiedy podchodzi do nich dziennikarz to oczywiście każdy powie, że rozumie i popiera. I tak ci protestujący sobie chodzą, kierowcy znajdują objazdy, dziennikarze wracają do redakcji montować materiał i akcja umiera śmiercią naturalną.

Jak dla mnie problemy i nieszczęścia są właśnie jak tłum nieustannie przewalający się przez drogę do celu. Nie znam objazdu więc stoję jak ten kołek. Jestem coraz bardziej wkurzona i bezsilna bo nie zanosi się na szybkie wyruszenie w dalszą podróż. Wydaje mi się, że cel jest tuż tuż za tłumem i wkurzam się jeszcze bardziej na świat, na życie, na tych łażących ludzi, którym przecież nic złego nie zrobiłam. Nie zasłużyłam sobie przecież w żaden sposób żeby tak utknąć. A jednak stoję jak ta sierota po środku własnego życia. Uwięziona miedzy zakazami, ograniczeniami, porażkami i utraconymi marzeniami i już nawet płakać mi się nie chce… A tłum tylko rośnie 😦

Newton widział przyszłość?

Każdej akcji towarzyszy równa ale przeciwnie do niej skierowana reakcja. Znamy to wszyscy z lekcji fizyki a przynajmniej znać powinniśmy bo to nic innego jak Trzecia zasada dynamiki Newtona. Mądrości o podobnym znaczeniu wokół Nas jest serio serio bardzo dużo. Nasze rodzime przysłowia:

Jak sobie pościelesz tak się wyśpisz.

Jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie.

Kto sieje wiatr ten zbiera burzę.

O czym mowa? O wzajemnym oddziaływaniu. Żyjemy w społeczeństwie i wszystko co robimy w mniejszym lub większym stopniu oddziałuje na nasze otoczenie. Jednocześnie, każda osoba, z którą mamy styczność wpływa na Nas i tak koło się zamyka.

Wiele można przeczytać o rozwoju osobistym, wyznaczaniu swoich granic, asertywności, samodzielności zamiast życia pod cudze dyktando. Prawda jest jednak taka, że bardzo trudno strzec własnych granic jednocześnie nie naruszając cudzych. Bo gdzie jest granica między asertywnością a egoizmem lub empatią a uległością? Czy w taki razie można nauczyć się mówienia słów TAK/NIE w sposób, który da jasny komunikat odbiorcy?

Ja się ciągle tego uczę bo jak mówią, jestem za dobra i za miła. Ciekawostką jest to, że osoba, która cały czas przytakuje i raz odmówi, jest od razu postrzegana jako „potwór” i egoista. Bo jakże to wieczny przytakiwacz ośmiela się odmówić wyświadczenia kolejnej przysługi. To sprawia, że w dotychczasowym otoczeniu ciężko jest kształtować w sobie asertywność i pokazywać ją światu. W drugą stronę jest podobnie. Ktoś pilnujący swoich granic nagle angażuje się charytatywnie, społecznie lub w inny sposób? To jest zazwyczaj…PODEJRZANE. Pewnie ratuje swój wizerunek, ucieka od podatków, chce startować w wyborach itp…

Czasami z rozrzewnieniem myślę o powiedzeniu „żyj i daj żyć innym”. O ile prostszy byłby świat gdybyśmy wszyscy dążyli do szczęścia własnego, za jedyną i nieprzekraczalną granicę mając cudzą krzywdę.

Nowa alergia- jestem uczulona na „ale”.

Czasami życiowa mądrość może nas zaatakować z dziwnych kierunków. Dzisiaj krótko o pewnej ciekawej myśli z Gry o tron. Ned Stark przekazał swoim dzieciom wiele rad ojcowskich ale jedna spodobała mi się szczególnie. Zapewne z tego względu, że zwyczajnie idealnie pasuje do relacji damsko- męskich i poszukiwań partnera życiowego. Nie zamierzam tu sypać cytatami a raczej samym przesłaniem:

NIE JEST WAŻNE JAKIMI PRZYMIOTNIKAMI KTOŚ CIĘ OPISZE, ILE KOMPLEMENTÓW PRZYTOCZY, WSZYSTKIE TRACĄ ZNACZENIE, JEŻELI UŻYJE SŁOWA „ALE”. WSZYSTKO CO WYPOWIEDZIANE LUB NAPISANE PRZED „ALE” JEST G…O WARTE.

Nawet nie zdajemy sobie czasami sprawy z tego, jak nasi rozmówcy starają się złagodzić i ubarwić negatywne informacje. Nie chodzi tu nawet tylko o relacje damsko-męskie lecz np. zawodowe. Oto przykłady:

Jest Pan/Pani bardzo cennym pracownikiem i doceniam Pani/Pana zaangażowanie i włożony trud ale nie przedłużymy umowy o pracę.

lub

Jesteś wspaniałą dziewczyną i zasługujesz na wszystko co najlepsze ale ja nie mogę Ci tego dać.

Przymiotniki są tu jedynie zasłoną dymną, łyżeczką miodu na osłodzenie odmowy/odrzucenia. Istotą informacji jest to co wypowiedziane po „ale”. Ludzki mózg niestety łapie się na takie zabiegi i łykamy największe i najbezczelniejsze ściemy byle były ładnie podane. Co więcej oczarowane pięknymi słowami potrafimy bronić i usprawiedliwiać tych, którzy nam taki kit wcisnęli.

W tym miejscu zaczynam powoli rozumieć sens szkolnej analizy wierszy. Jak się okazuje, zrozumienie „co autor miał na myśli” jest trudniejsze niż się wydaje. I nie wynika to bynajmniej z rymów lecz także intencji.

Drogie Kobiety uczmy się wypowiadać i nazywać nasze potrzeby. Pamiętajmy jednak aby również uważnie słuchać. Od dzisiaj jestem oficjalnie uczulona na „ALE” i z tą alergią walczyć nie zamierzam.

Na koniec mała uwaga. Nie skreślam oczywiście słówka bo jest złe i niedobre. Słowo jak słowo. Chodzi o krytyczne słuchanie. O czytanie między wierszami. O wiarę w siebie, która nie potrzebuje dowartościowania kłamstewkami.

Serialowe pożeracze czasu

Czy zdarza się Wam popaść w serialowy cug? Czasami jest to oglądanie hurtem całego sezonu a czasami wręcz przeciwnie obgryzanie paznokci w oczekiwaniu na pierwszy, kolejny tudzież ostatni odcinek. Od kiedy korzystam z dobrodziejstw Netflix, uzależnienie jakby się pogłębiło. Dodać do tego HBO Go i mamy idealny przepis na zagospodarowanie wolnego czasu.

W ostatnim czasie kilka seriali zwróciło moją uwagę i nie mam tu na myśli nawet słynnej Gry o tron…

1. Opowieść Podręcznej- porusza wiele poważnych kwestii. Z jednej strony mamy tu państwo po rewolucji polityczno- religijnej. Tym samym obserwujemy w jaki sposób polityka działa w służbie religii a religia w służbie polityki. Inna kwestia to zjawisko bezpłodności, starzenia się społeczeństwa – nie jest to wcale aż tak nierealne jak może się na pozór wydawać. Konsekwencją tego wszystkiego jest cofnięcie się społeczeństwa do czasów przed I wojną światową. Kobiety nie tylko tracą prawa polityczne ale i znaczną część osobistych. Nie wolno im czytać, pisać, pracować zawodowo poza funkcjami służby. W tym społeczeństwie szczególną rolę odgrywają Podręczne czyli jednostki rozpłodowe. Okropne określenie ale niestety chyba najbardziej trafne. Reżim wyłowił ze społeczeństwa płodne kobiety (te, które już rodziły), wytresował do posłuszeństwa w specjalnych ośrodkach i „oddał do użytku” swoim dygnitarzom. Ich jedyną rolą jest urodzenie dzieci, które są im odbierane i wychowywane przez obcych ludzi. Głowna bohaterka June jest zdecydowanie zbyt silna i choć trwa trzeci sezon to mam dziwne wrażenie, że Panowie jeszcze na własnej skórze poczują czym jest kobieca zemsta. Pozycja obowiązkowa dla poszukiwaczek wewnętrznej siły.

2. Rain- produkcja duńska. Jeden z wielu postapokaliptycznych obrazów. Również jeden z trzech europejskich tytułów, który zrobił na mnie wrażenie w ostatnim czasie. Świat, w którym naukowcy chcieli zastąpić Boga a sprowadzili na kraj śmiercionośny deszcz. Woda powinna oznaczać życie ale zesłała tylko cierpienie i śmierć. Uciekli nieliczni, w tym rodzeństwo zamknięte przez rodziców w bunkrze. Po 6 latach głód zmusza ich do wyjścia. Czy poza nimi ktoś zdołał uciec? Dlaczego akurat oni musieli zostać uratowani? Opowieść o zaufaniu, więzach rodzinnych, budowaniu relacji bez portali społecznościowych. Powrót do życia nomadów i zbieraczy. Ktoś może stwierdzić, że to tylko kolejne Teen Drama ale do mnie przemówiło.

3. Czarnobyl- wszyscy zachwycają się tą produkcją. Pozachwycam się i ja. Miniserial HBO zrealizowany po mistrzowsku. Można zapomnieć, że to nie dokument a film typowo fabularny. Dlaczego akurat ta opowieść wywołuje w nas dreszcze i dyskusję? To proste- katastrofa w Czarnobylu wydarzyła się za naszego życia. Taka żywa historia bo konsekwencje tamtych wydarzeń są cały czas aktualne. Z pewnością odbiór tego serialu jest inny w USA (abstrakcja) a inny we wschodniej Europie. Jak łatwo się przekonać, żadna fantastyka, którą serwuje nam Hollywood, nie przebije tego co już się wydarzyło tuż tuż na naszym progu. Jeżeli chcecie poczuć wyjątkowy klimat „tamtych” dni to polecam oglądanie hurtowe. Jak jeden bardzo długi film.

4. Dark- nie ukrywam, że język niemiecki nie jest tym co moje uszy kochają najbardziej. Do serialu podeszłam trochę jak do jeżozwierza 🙂 z ogromnym dystansem. Zabawy z czasem to jeden z typowych motywów kina si-fi więc zastanawiałam się czy Netflix wyciągnął z tego coś więcej czy raczej poszedł utartym schematem. Pierwsze co zwróciło moją uwagę to…hipnotyzująca melodia z czołówki serialu. Totalnie mnie uwiodła i nie ukrywam, że raz na kilka odcinków zwyczajnie jej nie przewijam. Wywołuje u mnie dreszcze i jest świetną wizytówką i próbką klimatu samego serialu. Mamy niemieckie miasteczko o którym świat pewnie by zapomniał gdyby nie 2 rzeczy: działająca elektrownia atomowa z lat 60-tych oraz powtarzające się co 33 lata zniknięcia dzieci. W tym wypadku jakiekolwiek spoilery są niewskazane. A wręcz zabronione. Najwięcej frajdy daje bowiem samodzielna rozkmina na zasadzie who is who. Myśl przewodnia serialu: Nie zastanawiaj się gdzie są zaginione dzieciaki a kiedy… Serial zdecydowanie obronił się mimo krytyki drugiego sezonu.

5. Czarny Punkt- ten serial opisuję jako ostatni tylko dlatego, że jeszcze jestem w trakcie drugiego sezonu. Tym razem klimaty francuskie. Na początek małe heheszki nad tłumaczeniem tytułu. Oryginał bowiem to Zone Blanche czyli Biała Strefa…subtelna różnica 🙂 Głównym bohaterem serialu jest Las. Stary, pełny pogańskich mocy i wierzeń. Mieszkańcy miasteczka od stuleci usiłują żyć w zgodzie i harmonii z tymi siłami ale Las czasami oczekuje ofiary. Nie działają tu żadne prawa natury, fizyki, zwierzęta pomagają w wymierzaniu sprawiedliwości, drzewa krwawią a pradawny celtycki bożek czuwa nad harmonią między życiem i śmiercią. W tym mrocznym otoczeniu miejscowi żandarmi i zdegradowany prokurator usiłują zmniejszyć trochę stos teczek z nierozwiązanymi sprawami morderstw i zaginięć. Las obserwuje ich wysiłki i trwa niewzruszenie… Polecam wielbicielom zagadek i mrocznych klimatów.

Sport narodowy, którego nie uświadczycie na Igrzyskach Olimpijskich.

Jak się pewnie domyślacie wcale nie mam na myśli piłki nożnej. Ta akurat dyscyplina nie jest jakoś szczególnie bliska mojemu sercu. Co zatem uprawiamy z ogromnym zapałem? Czekanie.

Tu oczywiście mała konsternacja bo przecież brak nam w zasadzie cierpliwości i wszystko chcemy już teraz natychmiast…a jednak 🙂 Na co zatem z takim zapałem i wręcz wyczynowo czekamy?

Najczęściej chyba na idealnego partnera- takiego wymarzonego, wyśnionego, który wpisuje się w medialne trendy i stereotypy. Przecież skoro kolejna gazetka puszcza artykuł „10 cech ideału” to oznacza, że takie istnieją 🙂 I tak sobie siedzimy z Tinderem, Badoo i Sympatią, klikamy ich w prawo i lewo i czekamy na wzajemne odklikanie. Czasami wdajemy się w relacje zastępcze, gdzie angażuje się bardziej jedna ze stron (9/10 niestety kobieta) i tu już trening cierpliwości bywa bardzo zaawansowany. Mamy już bowiem nasz ideał ale trzeba go jakoś przekonać, że nie samym seksem człowiek żyje.

Do czekania dodajemy staranie. Powstaje przeplatanka- wymyślamy coraz nowe atrakcje i akrobacje żeby nie było nudy i nie zawiało małżeńskimi powinnościami. On jest wniebowzięty i… znika na 2-3 tygodnie bo taki strasznie zajęty. Na pytanie o kolejne spotkanie zamiast jak człowiek odpowiedzieć ZA MIESIĄC to rzuca w wiadomości ZOBACZYMY i co robimy? Czekamy na Niego dzień po dniu bo przecież może to właśnie dzisiaj mu się uda wyrwać z poważnych obowiązków tudzież innego łóżka. Już nawet wymiana wiadomości może tu kobietę przyprawić o siwiznę bo na jej 5 wiadomości przypada 1 odpowiedź, na którą też trzeba swoje odczekać niejednokrotnie i cały dzień.

W takiej relacji jedyne na co czeka facet to lepsza okazja (lepsza kobieta- trudno tu jednak określić co oznacza lepsza…chyba tylko inna niż ta obecna).

Żeby nie było aż tak hardkorowo to czekamy też na mniejsze rzeczy. Dla przykładu już od poniedziałkowego poranka czekamy na kolejny weekend. Zupełnie jakby był to jakiś czas magiczny (ja osobiście lubię poleżeć sobie w niedzielę ale ogólnie się nudzę i zabijam czas kolejnym serialem o zombie). Czekamy również z wielkim zapałem na urlop, letnie i zimowe wyprzedaże, co kilka lat na obietnice przedwyborcze. Zawodowo z kolei na podwyżkę tudzież premię. Mile widziany jest też awansik, tudzież marzymy, że nagle z nieba spadnie nam wymarzona posada w zupełnie innej firmie.

Jako nacja wierząca (statystycznie) chyba jednak najuporczywiej czekamy na jakiś cud. Przecież dobrze wciąż mieć marzenia i na COŚ czekać… np, że piłkarze wygrają cokolwiek :), szef doceni a kochanek przestanie się wstydzić.

Bezwzględny sukces czy cicha przeciętność?

Dwa dni urlopu już straciłam na siedzenie w poczekalniach przed drzwiami lekarzy, dlatego trzeci i ostatni postanowiłam rozpocząć produktywnie. Pierwsze pranie już się miele więc mam trochę czasu na nowe refleksje. Nie jestem ani blogomaniaczką ani instamaniczką ale mam swoje dwa tytuły, do których regularnie zaglądam i zazwyczaj mam wrażenie, że autorzy piszą prosto do mnie. To chyba dobrze o nich świadczy 🙂

W tych nieszczęsnych kolejkach i poczekalniach miałam trochę czasu na lekturę i okazało się, że na obu blogach pojawił się podobny motyw sukcesu i drogi do sukcesu. Postanowiłam zatem i ja zahaczyć o temat ale oczywiście w wersji prowincjonalnego Myszopolis a nie dalekiej stolicy, której realiów przecież nie znam.

Mam wrażenie, że jesteśmy społeczeństwem ścierających kultów. Z jednej strony mamy kult bezwzględnego sukcesu podsycany przez celebrytów,  gwiazdki social media, których zazwyczaj nawet nie kojarzę. W tym idealnym świecie ludzie mają bliżej nieokreśloną pracę i zarabiają kokosy. Posiłki jada się na mieście albo korzysta z diety pudełkowej dostarczanej na sam próg domu. Wszystko jest fit, ciuchy tylko z najnowszych kolekcji, samochód rocznik tylko bieżący i wakacje koniecznie na egzotycznej wyspie. Człowiek się tego naogląda i spojrzy na własne życie za 2 tysiące i co robi? Albo bierze dupę w troki i staje na uszach żeby gdzieś dostać 2,5 tysiąca albo  zaczyna pluć jadem zazdrości i hejtu. Druga opcja jest niestety łatwiejsza a internet cały czas daje złudne poczucie anonimowości. Smutna prawda jest taka, że bardzo często jednocześnie wielbimy i nienawidzimy tych, którzy mają więcej od nas samych i totalnie ignorujemy ich drogę do sukcesu.

Co się kryje za sukcesem? Można i tydzień główkować, wymieniać a i tak wszystkiego ogarnąć się nie da. Gdybym próbowała wybrać główne składniki to chyba będą: pomysł, odwaga, wiara w siebie, wsparcie, dużo pracy i odrobina szczęścia. Mi niestety brakuje większości z tych składników w dalszym ciągu 😦  i chociaż teorię mam opanowaną to praktyka poważnie kuleje. A jeszcze kiedy „życzliwe” duszyczki piszą do mnie: „widziałem Twojego byłego z wózkiem na spacerze. To On ma dziecko? A jak u Ciebie spotykasz się wreszcie z kimś czy nadal sama i w tej samej pracy? Ty to chyba mało ambitna jesteś…”, to krew mnie jasna zalewa. Jak tu człowiek mam iść do przodu, wierzyć w siebie i zdobywać szczyty skoro ludzka „życzliwość” skutecznie ściąga w dół?

Mniej więcej w tym miejscu spotykamy wielbicieli drugiego kultu- cichej przeciętności, którzy hołdują starej, wschodniej maksymie: cisze jedziesz, dalsze budziesz. Ich największym wrogiem jest zmiana, bo potencjalnie każda może być na gorsze:

  • Wyjście z nieszczęśliwego związku? Nie bo co ja zrobię sama/sam?
  • Zmiana pracy? Nie bo ten szef może i menda ale następny może być gorszy!
  • Przeprowadzka? Nie bo starych drzew się nie przesadza!
  • Zmiana fryzury? Nie bo już 30 lat mam taki kolor i jest najlepszy choć innych nigdy nie sprawdzałam!

itp…itd..

Jeżeli pamiętacie to o strachu przed zmianami już kiedyś pisałam. Chociaż nie uważam się za mega odważną to coś tam zbroiłam w ostatnim czasie. Jestem w połowie kursu na prawo jazdy. Idę do nowej pracy a jednocześnie zostawiam sobie trochę godzin w starej na tzw wszelki wypadek. Czy się boję? Oczywiście ale to nie oznacza, że muszę tkwić w tym samym miejscu do końca życia. Być może ta zmiana da mi pomysł na kolejne?

Tymczasem mam pomysł, żeby rozwiesić pranie i umyć okna 🙂 zanim słońce mi wylezie z tej strony.

Mam tę moc 🙂

 

 

Liczyć siły na zamiary

Ostatnio powiedzenie bardzo bliskie memu sercu. Przyszła wiosna, nowa energia czerpana prosto z promieni słonecznych zasila nasze akumulatorki…ale czy to wystarczy, żeby ogarnąć wszystkie plany?

Jakiś czas temu pisałam o spotkaniu z doradcą zawodowym. Jestem z tego spotkania bardzo zadowolona pomimo, że jeszcze wymiernego skutku nie przyniosło. Porozmawiałyśmy o tym co:

  • już umiem  i robię
  • przyczynie mojej potrzeby zmian
  • dostosowywaniu cv pod ogłoszenia
  • kursach i szkoleniach
  • moim planie B

Miałam farta bo jak się okazało, następnego dnia startować miała kolejna edycja programu Bony na szkolenia. O poprzednich edycjach słyszałam niestety niepochlebne opinie: Nie da się tego dostać; Tylko urzędnicy i ich rodziny się załapują. Na fali optymizmu po spotkaniu jednak postanowiłam spróbować. Następnego dnia punkt 9 kliknęłam w magiczny przycisk i o dziwo udało się zarejestrować. Wiem …wiem… Szok i niedowierzanie bo nie ukrywam, instrukcja rejestracji i korzystania z projektu jest napisana zdecydowanie dla osób obsługujących a nie do końca korzystających z programu.

Niemal jak zwycięski generał udałam się kolejnego dnia aby dostarczyć papierową wersję zgłoszenia do wyznaczonego punku obsługi. Przykazano mi czekać na kontakt kolejnego doradcy zawodowego, zarejestrować się w Bazie Usług Szkoleniowych i wybrać interesujące mnie szkolenia. I takim sposobem jestem obecnie w biurokratycznej spirali formalności. Na pierwszy ogień wybrałam chyba rzecz najtrudniejszą bo…prawko. Na dzisiaj nie wiem czy bardziej przeraża mnie fakt, że nie wiem na ten temat totalnie nic, czy też ogrom formalności do załatwienia. Pociesza mnie tylko myśl, że nic tak nie motywuje jak 88% dopłaty w ramach projektu.

W międzyczasie szukam kolejnych szkoleń bo prawko to nawet nie 1/5 puli, jaką można zgarnąć… czyli mam jeszcze pewien zapas. Wybór jest aż za duży…

Na dzisiaj to tyle bo jeszcze trzeba do tego wszystkiego iść i popracować żeby mieć na te 12% wkładu własnego 🙂

Oficjalnie potwierdzam- da się dostać kasę na naukę i nie wszystko co piszą w „internetach” jest prawdą. Warto próbować i prosić o pomoc specjalistów. To przecież ich praca.

Wiosenne porządki

Od kilku dni zastanawiałam się jak mam w ogóle zacząć ten tekst. Obiecuję, że kolejne znowu będą weselsze ale ten dzisiejszy potrzebuje jeszcze nutki powagi.

Ostatnio mam sporo styczności ze Służbą Zdrowia i nie mogę pozbyć się pewnej myśli. Każdy właściciel samochodu musi raz w roku dokonać przeglądu technicznego swojej maszyny bo inaczej nie jest dopuszczony do ruchu drogowego. Rozsądna zasada, której celem jest zapewnienie bezpieczeństwa. Dlaczego więc w podobny sposób nie traktujemy naszych ciał?

Mówi się, że Ziemia jest Kobietą, Natura jest Kobietą. Mamy Dzień Kobiet i Dzień Matki. Tyle okazji do celebrowania naszej kobiecości. Miło jest dostać tulipana od ważnej osoby (moje wytrzymały 8 dni) ale pamiętajmy Dziewczęta i Niewiasty, że najlepszy prezent możemy zrobić same dla siebie. Jak? Dbając o nasze zdrowie. W naszej wspaniałej cywilizacji panuje kilka destrukcyjnych poglądów:

  • lepiej nie iść do lekarza bo jeszcze coś znajdzie
  • jak nie boli to nie żyjesz
  • Matka Polka nie ma czasu na chorowanie
  • kto za często chodzi do lekarza ten na siłę choroby sobie szuka
  • poboli poboli i przestanie

Mam nadzieję, że podobnie jak ja uważacie to za okropną głupotę. Dlaczego niby mamy lepiej traktować samochody od siebie samych? Mamy co prawda badania okresowe w pracy ale są one badaniami tylko z nazwy, co wie każda aktywna zawodowo kobieta. Odczytanie kilku liter u okulisty i zmierzenie ciśnienia u lekarza ogólnego przed postawieniem pieczątki to biurokracja a nie zdrowie.

Morfologia, poziom glukozy, cholesterolu, TSH czy wizyta u ginekologa wbrew pozorom nie są wcale czasochłonne. Mam porównanie i wiem, że aplikacja sztucznych rzęs trwa zdecydowanie dłużej. W dodatku jeżeli mamy dobrego lekarza pierwszego kontaktu i to takiego z prawdziwego zdarzenia to czasami nawet uda się dostać skierowanie na takie badania i za nie nie płacić…wiem szok 🙂 Z lekarzami specjalistami jest już gorzej. Można albo czekać cierpliwie w kolejce albo jeżeli komuś się spieszy to można dopłacić bo przecież nie mamy potrącanych żadnych składek 😉

Skąd we mnie takie przemyślenia? Tydzień temu zakończyłam udział w pewnym ciekawym projekcie. Metamorfoza w Klubie Pretty Woman trwała 3 miesiące. Składała się z dwóch części: opieki psychodietetyka oraz treningów. Czego dowiedziałam się w tym czasie o sobie samej? Po pierwsze jak się okazuje wysiłek fizyczny nie zabija 🙂 i to nawet kobiety z hashimoto co sugerowali mi trenerzy w kilku siłowniach naszego pięknego Myszopolis (oczywiście nie dosłownie ale zasada ćwicz, ale nie zmęcz się za mocno). Po drugie dieta  to ta trudniejsza część. Wymaga zmiany rytmu życia i rozkładu dnia. Jak się okazało mi pod względem tej logistyki dużo jeszcze brakuje ale mam postanowienie aby nad tym pracować. Po trzecie sama dieta i ćwiczenia nie pomogą czasami bez udziału lekarza. Szkoda trochę, że moja kolejka do specjalisty przyszła już po zakończeniu tego fajnego projektu ale dla mnie to dopiero początek drogi a nie jej koniec. Dziewczyny dziękuję za wspólną pracę 🙂

Kobietki wiosna dopiero się zaczyna i zanim ruszycie do przedświątecznych porządków, do remanentów w szafach, ataków na fryzjerów w celu nowego, świeżego i wiosennego wyglądu, zadbajcie o swoje wnętrze i to bynajmniej nie to duchowe bo człowiek to też ciało. Do pełni zdrowia potrzebujemy harmonii miedzy ciałem a umysłem i nie możemy dbać tylko o jedną część nas samych 🙂 Obyśmy wszystkie były zdrowe, piękne i osiemnastoletnie na długie lata 🙂

Na koniec mały postulat. Mnożą się nam dni wolne od pracy a im bliżej jakieś wybory, tym więcej takich populistycznych haseł. W takim razie jako obywatel, który ma w zwyczaju do urny chadzać proszę:

Mniej świąt i dni wolnych od pracy. Zamiast tego niech każdemu przysługuje raz w roku możliwość wykonania kompleksowych badań w dniu wolnym od pracy, który nie pomniejszy puli urlopu czyli na koszt naszego wspaniałego Państwa 🙂

Pętla bezsilności.

Żeby nie było tak beztrosko, dzisiaj dla odmiany trochę poważniejszy temat. Mam głęboką nadzieję, że nie znacie tego uczucia kiedy wszystko się sypie w tym samym momencie i jedno zdarzenie napędza kolejne. Kolejne marzenia trzeba odłożyć na kiedyś lub najlepiej od razu o nich zapomnieć… Zwyczajnie czujesz, że utknęłaś i nie masz już wpływu na nic.

Jeżeli ktoś jest zagorzałym fanem blogów, to internet pełen jest motywujących wpisów o tym, jak to wszystko jest w Nas, kwestia tylko zrobienia kroku i działania. To bardzo motywujące ale często oderwane od naszej szarej rzeczywistości.

Jakie zatem mamy wygórowane marzenia, że nie możemy ich spełnić? Zazwyczaj chcemy spokojnego i wygodnego życia na swoim (na kredyt) i wyjazd na urlop raz w roku. Można by pomyśleć: o kurcze a w czym problem? Nowe bloki budują na każdym skrawku przestrzeni. Reklamy banków wręcz krzyczą o spełnianiu marzeń dzięki ich kredytom, które dostaniesz w 15 minut na dowód. Co do pracy – super stawki, ubezpieczenia, prowizje i nawet owocowe dni. Prawdziwa sielanka na każdym kroku… W takim razie co jest nie tak, że nie jesteśmy często w stanie z tych dobrodziejstw skorzystać?

Zazwyczaj wszystko zaczyna się od pracy i płacy. Starą prawdą jest, że ile byśmy nie zarabiali to i tak jesteśmy w stanie wydawać więcej. Ludzie nie są już tak przywiązani do jednej posady i firmy i chętnie je zmieniają. Nie wszystkim się to jednak udaje. Czasami człowiek zahacza się gdzieś na chwilę, żeby wziąć oddech i ruszyć dalej i po 5 latach okazuje się, że utknął na dobre bez pola manewru. W obecnej firmie od 5 lat robi to samo, bez opcji awansu albo zmiany stanowiska, bez szkoleń i nowych doświadczeń. Stawka owszem rośnie ale wraz z nią nie ma potrzeby na nadgodziny więc finalnie człowiek zarabia mniej niż z niższą stawką ale nadgodzinami.

W ten sposób zaczyna się rodzić wewnętrzny bunt podsycany dodatkowo blogowymi moralitetami i hasłami: Działaj! Nie stój w miejscu! Pokonaj lęk!

Odpalasz kreator CV, uzupełniasz o swoje obecne fantastyczne osiągnięcia i puszczasz w świat. Pierwsze 3 miesiące- działa jeszcze ta euforia podjęcia działania. Niestety jest cisza, nikt nie dzwoni. Nerwowo sprawdzasz czy masz w pliku zgodę na przetwarzanie danych bo RODO nie śpi. Kolejne pół roku to codzienny rytuał. Aplikacja-> przejrzeć ogłoszenia-> wysłać CV-> jutro powtórzyć. Nie ma już energii raczej siła rozpędu.

Kolejna faza to wysyłanie z szukaniem winy w sobie. Akurat jestem na tym etapie diagnozowania niepowodzeń zawodowych więc doskonale rozumiem tę złość na cały świat:

  • na siebie samą bo nie mam się czym pochwalić żeby ktokolwiek chciał dać mi szansę;
  • na pracodawców, którzy do parzenia kawy chcą najlepiej < 25 rż, z orzeczeniem i minimum 3 językami obcymi oraz doktoratem w toku;
  • obecnego pracodawcę (i to największa frustracja), że obecne warunki nie pozwalają mi zdobywać doświadczenia, które ktokolwiek doceni, nowych umiejętności a w najgorszym razie czasu i finansów pozwalających na dokształcanie we własnym zakresie- ciężko dostosować grafiki do jakiegokolwiek kursu,  nawet gdyby jakimś cudem było na niego stać.

Za kilka dni chwila prawdy przede mną. Spotkanie z doradcą zawodowym, który mam nadzieję nie tylko powie mi co jest nie tak (nastawiam się na diagnozę, że wszystko), ale też pomoże w obraniu nowego i skutecznego kursu. A jeżeli uda mi się przezwyciężyć tę trudność to i pozostałe marzenia kiedyś spełnię i słuchanie o dekadę młodszych koleżanek o kolejnych zakupach coraz to większych mieszkań, remontach, metrażach i pięknych osiedlach nie będzie aż tak zasmucało jak teraz.

 

Moje elektro-zabawki- parownica do ubrań.

Zgodnie z obietnicą od dzisiaj zaczynam prezentację kilku moich nowych nabytków i na pierwszy ogień dość przewrotnie wybrałam parownicę do ubrań czyli najbardziej kobiecy z gadżetów po odkurzaczu i mopie 🙂

Parownica znalazła się na mojej prezentowej liście życzeń z ważnego powodu. Mieszkam na dość niewielkiej powierzchni i nie ukrywam, że nie tylko używanie deski do prasowania ale nawet jej przechowywanie jest dla mnie problematyczne. Parownica sama w sobie zajmuje przestrzeń porównywalną z blenderem co mnie niezwykle cieszy.

Wybrałam Tefal jako markę jednak kojarzącą się z dobrym sprzętem. I dzisiaj trochę z przymusu przeprowadziłam pełnowymiarowy test użytkownika 🙂 Nie będę ani w tej ani w innych recenzjach zasypywać Was danymi technicznymi bo internet jest ich pełny. Wolę napisać o moich wrażeniach.

Instrukcja obsługi prosta, po polsku a nawet z obrazkami. Przyciski generalnie aż 2- włącznik oraz spust. Do tego kabel, nakładki na stopę prasującą i pojemnik na wodę. Do tego we własnym zakresie musiałam ogarnąć wieszak bo jak zapewne się domyślacie prasowanie odbywa się w pozycji pionowej. Zdecydowanie tu muszę poszukać optymalnego rozwiązania bo mój obecny zaczep dla wieszaka jest trochę za wysoko. O ile dla odświeżenia jednej rzeczy nie robi mi to większej różnicy, o tyle dzisiejsze odświeżanie całej zawartości szafy odczuję zapewne jutro w postaci najzwyklejszych zakwasów.

Pojemniczek z wodą wystarcza mi na około 5-6 bluzek. Tutaj uwaga z czasem woda paruje jakby szybciej w miarę nagrzewania urządzenia. Trzeba oczywiście uważać na paluchy bo para jest gorąca- w końcu to nadal żelazko. I tu drugi minus tej metody. Ubrania są lekko wilgotne dlatego metoda fajna na poranne szybkie wygładzenie „outfitu” i założenie na grzbiet. Opcję z poskładaniem tak wyprasowanych rzeczy przetestuję kiedy zacznę je wyciągać z szafy. Nie wykluczam, że miejsca złożenia z uwagi na lekką wilgoć będą wymagały drugiego prasowania.

Ogólnie zabawka jak dla mnie spełnia swoje zadanie. Nie mam jedwabi ani stosów męskich koszul więc jak na tę chwilę rozwiązanie jest bardziej niż satysfakcjonujące…

 

Kilka słów technicznych:

Parownica Tefal DT 7000 E0 Access Steam Minu

  • Moc: 100 W
  • Gotowość do pracy: 45 s
  • Ciągłe wytwarzanie pary: 17g/min
  • Wyjmowany pojemnik na wodę: 150 ml
  • Autonomiczna praca: 8 min
  • Długość przewodu: 2 m

Cena: 189zł + koszt przesyłki

 

Choroba XXI wieku cz. 2- wyjebanizm

Na początek wybaczcie kolokwializm w samym tytule ale chyba znacie powiedzenie „Miej wyjebane a będzie Ci dane”. Wyznawcy tej filozofii życia stosują ją bardzo szeroko i uniwersalnie.

Wszystko zaczyna się niewinnie już w szkole. W sumie racja, bo po co się wysilać skoro można mieć dobre oceny przepisując prace domowe i ściągając na sprawdzianach. A jeżeli w dodatku wyrobi się sobie opinię, to można na niej szybować wiele lat. Takie doświadczenia budują mit o tym, że to ktoś niech się stara za nas a my sobie przyjdziemy na gotowe.

Przychodzi czas studiów gdzie na farcie od sesji do sesji, potem praca licencjacka albo magisterska. Pół biedy jeżeli ktoś faktycznie za Chiny Ludowe nie jest dobry w pisaniu i szuka pomocy, a co innego przeczytać łaskawie własną pracę po raz pierwszy w dniu obrony, żeby tytułu nie pomylić. W takich bólach rodzi się zapewne niejeden magister.

Skoro już mam imponujący dyplom pora wyruszyć na podbój świata. Praca? Proszę bardzo… a im większe miasto tym większy wybór i mniejsze przywiązanie do jednej firmy. Nie mam doświadczenia? Nawet lepiej, bo firma wyszkoli mnie dokładnie pod siebie, a poza tym jak w szkole czy na studiach znajdę sobie jakiegoś dziobaka, który z radością mi pomoże, a nawet kto wie ..wyręczy w tym i owym. Znowu tanim kosztem buduję opinię i ślizgam się od firmy do firmy i od awansu do awansu.

Co z życiem osobistym? Przede wszystkim nie ten to inny /nie ta to inna. Tego kwiatu pół światu i inne frazesy rodem z Tindera. Przecież otwieram aplikację, zagłosuję, dam się zauważyć i niech mi zaimponują i zdobywają a ja zaczekam i wybiorę. Mijają 2 lata i już się nie stara? To nara i następny/a. Ważne żeby hajs się zgadzał i ładnie wyglądać razem na fotach. I tak do emerytury…

A gdzie wtedy jest reszta społeczeństwa? Ci koledzy i koleżanki ze szkoły, studiów, od których tak entuzjastycznie się ściągało? Zapewne na kasie w supermarkecie i to nie przez brak wiedzy, umiejętności czy ambicji ale przez zbyt dobre serce, niedobór asertywności i pokazywanie, że im zależy…

Czy przemawia przeze mnie zazdrość i zawiść? Pewnie trochę tak bo też gdzieś tam bym chciała mieć ciekawą i kreatywną pracę i jakiegoś Ktosia obok a mimo usilnych starań nie mam. Kiedy słyszę, że powinnam mieć na to wyjebane a samo przyjdzie, to każda komórka mojego ciała się buntuje. Bo nie tak powinno być! Za starania powinna być nagroda a za lenistwo kara.

Przy takich okazjach zastanawiam się czy tak wygląda darwinowska ewolucja? A może coś nie pykło w tej teorii? Jak się okazuje nie jest najsilniejszym ten kto walczy ale ten kto małym nakładem energii zajdzie dalej.

Kim chcę zostać kiedy dorosnę (mam przecież dopiero lat 2x 17,5)? Króliczkiem Duracell żeby móc zabiec dalej niż inni 🙂

Luty- najkrótszy ale najcięższy z miesięcy.

Pewnie zauważyliście, że przez 8 dni nie napisałam nic. Serdecznie za to przepraszam ale początek lutego jest dla mnie okresem całkowitego zawieszenia systemu 😦

Na początek warto się rozliczyć z planu styczniowego. Przyznaję się bez bicia, że trzy książki mnie przerosły i zakończyło się na jednej 😦 wiem…wiem wstyd straszny. Ten wynik postaram się nadrobić ale w marcu bo lutego niewiele pozostało. Dokończyłam za to rozpoczętą rok temu wyszywankę i teraz muszę namierzyć jakąś krawcową (może ktoś coś?) żeby mi z tego poszewkę na poduszkę zrobiła.

Exel przyznaję, że idzie jak krew z nosa i muszę się nad nim zdecydowanie konkretniej pochylić z należytym skupieniem a nie z doskoku jak teraz. Waga z kolei to trudny i rozwojowy temat. Liczę, że marcowa wizyta u endokrynologa popchnie temat zdecydowanie do przodu bo póki co drepcze małymi kroczkami. Tyle o styczniu bo minął i nie ma co się nad nim rozczulać. Luty trwa sobie z najlepsze. A oto i pięć punktów planu:

  1. Żadnych seriali- to okropne pożeracze czasu. Postanowiłam cały miesiąc obyć się bez nich. Pozostają mi ewentualnie filmy pełnometrażowe. Aż się trochę boję marca kiedy to dopadnę do nadrabiania zaległości jak szczerbaty do sucharów.
  2. Minimum 4 wpisy na blogu- odejmując obecny minimum jeszcze 3.
  3. Zmienić coś w wystroju mieszkania- po nocach śnię o jaśniejszych zasłonach bo obecnie  mam w kolorze czekolady co w połączeniu z szaro-burgundowymi ścianami daje efekt dość piwniczny.
  4. Wysyłać minimum 5 CV tygodniowo- tak w pierwszym tygodniu tyle się udało dlatego mam nadzieję, że taka ilość będzie realna.
  5. Skompletować osprzęt, iść na basen i się nie utopić. Zwłaszcza to ostatnie może być problematyczne.

Miesiąc trwa już więc i plan również jest w toku.

Dzisiaj było trochę krócej niż zwykle ale muszę lecieć po drożdże bo w końcu Międzynarodowy Dzień Pizzy i wypada coś zagnieść 🙂

Trochę Sherlock Holmes a trochę Szpieg z Krainy Deszczowców. Dlaczego ciągnie nas do sprawdzania ludzi, których poznajemy?

Jak wiadomo informacja jest dzisiaj cenną walutą. Ułatwiają nam to media społecznościowe a i my swoją obecnością w przestrzeni publicznej pomagamy w gromadzeniu takich informacji.

Tydzień temu wybrałam się na tzw. szybkie randki. Może kojarzycie z filmów? Kobiety siedzące przy stolikach w knajpie i co kilka minut na dzwonek przysiadają się kolejni faceci. Krótka rozmowa i na koniec wypełnienie ankiety +/- przy imionach. Prosta sprawa na tym etapie. Ciekawie zaczyna się robić kiedy następnego dnia przychodzi e-mail i dowiadujesz się, że jest jakieś dopasowanie. Podejmujecie wymianę wiadomości i oczywiście pojawia się niepohamowana ciekawość albo coś wzbudza nasze wątpliwości, obawy i zaczynamy śledztwo. Zazwyczaj zaczynamy od FB. To prawdziwa kopalnia wiedzy. Tak też było w tym wypadku.

Co wzbudziło moją ciekawość? Facet wyglądał mega młodo i chciałam ustalić ile mniej więcej ma lat. Czy miałam z tym problem? Nie specjalnie… E-mail kontaktowy zawierał nazwisko więc wyszukiwanie trwało jakąś minutę. Profil bardzo tajemniczy, zachowane względy bezpieczeństwa- nie widać znajomych, postów ale jedna mała podpowiedź się znalazła… Nazwa szkoły średniej z podanym rokiem ukończenia. Bum pozamiatane. Zapytałam więc w kolejnej rozmowie SMSowej o wiek i … dodał sobie 8. Po co do dzisiaj nie wiem ale jakoś tego typu malutkie kłamstewka nastawiają mnie negatywnie do rozmówcy.

Co w zasadzie popycha nas do prowadzenia tego typu śledztw? Ja wyróżniam trzy rodzaje śledczych:

  • ciekawscy- ludzie, którzy po prostu lubią wiedzieć dużo. O ile nie wykorzystują swojej wiedzy w złych celach, nie stanowią zagrożenia. A kiedy uderzają z nutę szantażu to już wiadomo… podpadają pod odpowiednie paragrafy.
  • winowajcy- to specyficzna grupa. Jej przedstawiciele po prostu nie mają zaufania do ludzi i podejrzewają wszystkich o to co sami mają na sumieniu. Idealnym przykładem jest kiedy któraś osoba w związku zrobiła skok w bok i od tej chwili zaczyna podejrzewać swoją połówkę o dokładnie to samo.
  • nadziani- nie mam tu na myśli aspektów finansowych ani kulinarnych. Chodzi o osoby, które już w przeszłości zostały oszukane, skrzywdzone, przestraszone.

Od czego zazwyczaj zaczyna się takie śledztwo na FB lub innym portalu? Wyszukanie danej osoby. Nie każdy rejestrując konto decyduje się na podawanie imienia i nazwiska. Skróty, pseudonimy, anagramy są bardzo często spotykane. W dalszej kolejności patrzymy na to czy mamy wspólnych znajomych. Daje to chyba poczucie bezpieczeństwa ( nie do końca rozumiem dlaczego) ale uwaga wspólni znajomi nie gwarantują długiej i szczęśliwej znajomości. Smutna prawda jest taka, że nic nam takiej gwarancji nie da…nawet zawarcie znajomości na spotkaniu o charakterze religijnym.

Informacje „zdobyte” w drodze śledztwa mogą nam i pomóc i bardzo zaszkodzić. Jak? Przez wyciąganie pochopnych wniosków. Kobieta na zdjęciu mojej przyszłej randki nie musi oznaczać od razu, że kłamie i nie jest wcale singlem. Jak się okazuje chłodne podchodzenie do interpretacji „dowodów” jest znacznie trudniejsze od ich gromadzenia. Dodatkowo warto mieć tę świadomość, że druga strona może prowadzić własne śledztwo.

O czym warto wobec tego pamiętać jako osoba, która może potencjalnie stać się przedmiotem czyjegoś śledztwa?

  • pokazuję na FB tylko to co faktycznie chcę, co nie wzbudza moich obaw, niepewności lub może się stać bronią w innych rękach.
  • nie kłamię, nie koloryzuję zwłaszcza w kwestiach, które ławo sprawdzić- wiek, praca- Myszopolis jest serio małym miastem a im bardziej chcemy coś ukryć tym jest mniejsze.
  • druga strona też może mieć swoje obawy, o których boi się lub po prostu nie chce mówić na starcie znajomości- uszanujmy to i nie obrażajmy się za sprawdzanie informacji, które sami upubliczniamy.

Jak zakończyło się moje śledztwo? Po dokopaniu się do tej jednej poważnej niezgodności usiłowałam podpytywać o to na spotkaniu na żywo. Nie przyznał się więc jeżeli kiedykolwiek trafi na ten tekst lub na Tinderze zacznie przeszukiwać kobiety w moim wieku i odkryje, że „dałam Go w prawo” to chyba się zorientuje…

Choroba XXI wieku cz.1- strach.

Spokojnie to nie będzie kolejna propaganda o otyłości, używkach, depresji i innych chorobach, które diagnozują lekarze. Chcę napisać o pewnych zjawiskach, które nas otaczają i dotyczą a nawet najczęściej nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Najpoważniejszą chyba chorobą jest strach. Boimy się totalnie wszystkiego i ilość nazw dla kolejnych fobii poraża. Natura wymyśliła strach jako ochronę przed autodestrukcyjnymi zapędami człowieka ale też i innych zwierząt. Nie jesteśmy przecież aż tak wyjątkowi. Z uwagi na to, że wszystko podlega ciągłej ewolucji to człowiek współczesny boi się inaczej i czego innego niż dla przykładu neandertalczyk. A czego boimy się najbardziej? Zmian!!!

Cywilizacja wykształciła tzw strefę komfortu, która spójrzmy prawdzie w oczy często z prawdziwym komfortem ma niewiele wspólnego. W dodatku nasza tradycja stworzyła nawet ludowe porzekadła sankcjonujące ten stan rzeczy. Znacie je?

Lepsze wrogiem dobrego.

Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu.

Lepszy znany diabeł.

Lepsze znane piekło niż nieznane niebo.

I faktycznie, stojąc przed wyborem zazwyczaj decydujemy się na to co swojskie i bezpieczne. Wyjątkiem są tu w zasadzie jedynie zakupy. Ludzie na zakupach dzielą się na dwie kategorie: to jest nowość i będę w ekskluzywnym gronie pierwszych użytkowników lub zaufały im miliony i jestem w tym gronie.  Ja z kolei bym chciała opowiedzieć o wyborach i zmianach w naszych głowach. Jak przecież wiadomo początkiem każdej zmiany jest myśl.

Zdarza się jednak tak, że strach torpeduje twórcze myśli. A jeszcze gorzej kiedy robi to czyjś strach. Za każdym razem  kiedy rozmawiasz o swoich pomysłach z kimś kto używa określeń: ja bym tak nie mógł/mogła, jak by się w życiu na to nie zdecydował/a, a co ludzie powiedzą, pamiętaj, że ta osoba mówi o własnych obawach. Bardzo łatwo adoptujemy cudze lęki jakby były bezdomnymi kociakami. Przytulamy je do serca i zanim się obejrzymy są już całkowicie nasze tak jakby nigdy nie było inaczej.

Które decyzje najczęściej poruszają nas i nasze otoczenie?

  • decyzje zawodowe- zmiana pracy to trudny temat zwłaszcza, że pokolenie naszych rodziców najczęściej pracuje w jednej lub w porywach drugiej firmie od zakończenia edukacji; zmiana pracy to tragedia niemal taka jak jej zupełna utrata; jeżeli w obecnym miejscu płacą na czas i można chodzić na zwolnienia lekarskie to już szczyt marzeń bo przecież u większości „prywaciarzy” nie ma tak dobrze…
  • decyzje związkowe- rozstania a przede wszystkim rozwody to czasami konie świata. Strach przed napiętnowaniem jest wciąż duży i totalnie irracjonalny. Tu jako rozwódka potwierdzam, że ani mnie nie ubyło, ani popadłam w żaden wstydliwy nałóg i nie „stoczyłam się na dno”. Tak jak związek tworzą 2 osoby tak i rozstanie to 2 osoby w dalszym ciągu a jeżeli bliżej nieokreślonym ludziom to przeszkadza to cóż…ich problem.
  • decyzje mieszkaniowo-bytowe- temat chyba najtrudniejszy. Jesteśmy dzisiaj bardzo mobilni. Weekend za miastem lub city break to nic niezwykłego. Pociągi i tanie linie lotnicze sprawiają, że świat się kurczy. Ale kiedy ktoś zaczyna wspominać o przeprowadzce do innego miasta ot tak po prostu tu już pojawiają się lęki bo przecież tyle rzeczy może pójść nie tak: nie będzie tam pracy, sami obcy ludzie, nieznane miasto, w ogóle to zamordują i zakopią więc lepiej nie ryzykować.

Każda nasza myśl i plan wywołują ekscytację. A każde pomyślane, wypowiedziane czy usłyszane ALE ją niszczą. Ludzka kreatywność operuje tak wieloma słowami i obrazami…strach ma jedno ALE i bardzo często wygrywa.

Poprosiłam Was o wzięcie udziału w krótkiej ankiecie. Wyniki są bardzo wyrównane. Siedem osób przyznało, że idzie na żywioł a siedem, że woli bezpieczeństwo i stabilizację. Nie to jest jednak najciekawsze. Spośród około 250 osób, które widziały post o ankiecie na jej wypełnienie zdecydowało się jedynie 14 i serdecznie Wam za to dziękuję.

Wychodzi na to, że jesteśmy narodem bojaźliwym. Spontaniczność to rzadki gość a większość planów pozostaje tylko planami, pomysłami, marzeniami aby coś zmienić.

Podobno ludzkie komórki wymieniają się co 7 lat i w takich samych cyklach zmienia nam się gust i smak. Za 3 tygodnie kończę 35 lat. Czy w takim razie to będzie mój rok rewolucji i zmian skoro to wielokrotność siódemki? A może ilość ALE przeważy?

 

W cz. 2 zmierzę się z filozofią „miejcie wyjebane a będzie wam dane”.

Do nich wciąż powracam- filmy.

Ostatnio pisałam o moich powrotach do ulubionych książek a dzisiaj opowiem krótko o ukochanych filmach. Do jednych wracam z rozmysłem a do innych przy okazji np świątecznej ramówki TV. A oto i moje ukochane filmy w kolejności raczej przypadkowej…

  1. Miasto Kości- na pierwszy rzut oka młodzieżowe romansidło na podstawie książki. Wszystko to prawda ale film zachęca ciekawą obsadą, klimatem dobrego fantasy, ścieżką dźwiękową i szybką akcją. Twórcy zdołali tak skondensować książkę, że nie zgubili żadnych istotnych fragmentów i tylko szkoda, że poprzestali na jednej części i zamiast kontynuacji powstał odrębny serial….wytrzymałam  jakiś kwadrans pierwszego odcinka 😦 wielka szkoda.
  2. Cyrulik syberyjski- wielka i zakazana miłość w carskiej Rosji, zderzenie dwóch światów bo główna bohaterka jest Amerykanką. Jeżeli ktoś podoła to zachęcam do oglądania po rosyjsku z napisami bo efekt jest zdecydowanie jeszcze ciekawszy. Mamy też coś a właściwie kogoś z naszego podwórka- jedną z pomniejszych ról zagrał Daniel Olbrychski. Film po raz pierwszy oglądałam na studiach na zajęciach z języka rosyjskiego a więc w wersji oryginalnej. Od tamtej pory minęło lat 13 a ja do filmu powracam średnio raz w roku i zawsze polecam jeżeli ktoś pyta o romantyczny ale nieznany film dla dwojga. Walentynki tuż tuż więc warto rozważyć taki seans z drugą połówką.
  3. Przeminęło z wiatrem- i tu Was pewnie zaskoczyłam bo długie, stare i pewna stacja puszcza raz na kwartał. Tak i właśnie od czasu do czasu jeżeli jestem w domu u rodziców i na taki seans trafiam (zazwyczaj jest to ramówka właśnie świąteczna) to korzystam. Filmowa Scarlett jest urzekająca i jej podejście do życia „zastanowię się nad tym jutro” jest mi dziwnie bliska :).  Nie wspominając już o płomiennym romansie. W sam raz na zimowy wieczór ale raczej 100% estrogenu 😉
  4. Nie wszystko złoto co się świeci- totalna zmiana scenerii. Trochę moje marzenie- piękne plaże, lazurowa woda i Karaiby a wszystko doprawione humorem, skarbem i tajemnicą. Tu akurat dla mnie osobiście kwestie romansowe nie grają roli. Ahoj przygodo…
  5. Goonies- film lat szczenięcych. Wypożyczany na VHS a obecnie często obecny na antenie TV. Przy czym uwaga!!! Aktualne tłumaczenie bardzo gryzie się z tym zapamiętanym z dawnych lat i jest wręcz jak zgrzyt dlatego wracam do tego filmu z czystego sentymentu ale ze świadomością, że jednak trochę się zmienił…Pulpet ma być Pulpetem a Jadaczka Jadaczką 😉
  6. Roztańczony buntownik- od czasów Dirty Dancing o tańcu filmów było wiele i tytuły jak Step Up zdominowały gatunek. Ja mam wciąż w pamięci australijskiego tancerza, który przez wymyślanie własnych kroków wywrócił taneczny świat do góry nogami. Scena finałowa to wyjątkowe paso doble i ciary na plecach za każdym razem.
  7. Królestwo niebieskie- to pozostawiłam na deser. Średniowiecze, krucjaty czyli moja ukochana historia. Tu również mam ciekawostkę. Film często pojawia się w TV w jednej wersji a ja zachęcam do obejrzenia też wersji reżyserskiej, która nie tylko zawiera dodatkowe sceny jak to zazwyczaj bywa ale wręcz historia opowiedziana jest pod nowym kątem. Warto znać obie wersje bo dopełniają się wręcz genialnie.

 

Tu siłą woli postanowiłam przerwać wymienianie bo tytułów jest po prostu zbyt wiele. Miłego oglądania 🙂

Obiad a’la Ja

Od dawna jestem fanką dań jednogarnkowych. Powód jest prozaiczny…gotowanie w jednym naczyniu to jedno naczynie do zmywania 🙂 wiadomo, że energię również własną należy oszczędzać.

Moja dzisiejsza propozycja jest łatwa i szybka. Opiera się na użyciu blendera (moja nowa wielka miłość) oraz głębokiej patelni.

Składniki:

  • biust kurzy byle nie za duży (czuję, że rymuję)
  • garść świeżego szpinaku
  • pół czerwonej cebulki
  • puszka pomidorów krojonych
  • pół puszki mieszanki warzyw Bonduelle
  • kasza bulgur (jeżeli ktoś woli można użyć kuskus lub drobny makaron w kształcie ziarenek ryżu) w ilości nie więcej niż 1/3 pozostałych składników.

Wykonanie:

Do blendera  wrzuciłam oczyszczone mięso odrobinę rozdrobnione żeby machina nie wybuchła, cebulę i szpinak. Kilka chwil i miałam mielone drobiowo-szpinakowo-cebulowe. Wylądowało na patelni i zaraz za nim reszta składników + woda.

Istotą dań jednogarnkowych jest to, że dajemy więcej wody żeby kasza, makaron lub ryż miały się w czym ugotować. Te dodatki z łatwością zabiorą nadmiar wilgoci z dania.

Co do przypraw to oczywiście poza solą każdy przyprawia jak i czym chce. Ja akurat wybrałam ostrą paprykę. Jeżeli lubicie sosy ze słoiczka to spokojnie można dodać trochę takiego typowo do spaghetti ale nie jest to konieczne.

 

Smacznego 🙂

Do nich wciąż powracam- książki

Postanowiłam napisać o książkach właśnie teraz z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że jak zapewne pamiętacie z styczniowych postanowieniach mam przeczytanie 3 książek a po drugie jestem w trakcie czytania właśnie „książki powracającej”.

Będąc niedawno w domu rodzinnym zaczęłam przeglądać gazetę z programem TV. Z racji tego, że telewizora nie posiadam to i gazet nie kupuję bo program jest mi zbędny. Korzystam z tego jedynie odwiedzając rodziców. Moją uwagę przykuł poniedziałkowy Teatr Telewizji a w nim jakże znajomy tytuł Listy z tamtego świata. Co prawda w książkowym tytule list był jeden 🙂 ale myśli od razu wskoczyły na odpowiedni tor i pokierowały mnie do odpowiedniej półki w domu. Tak oto po latach wróciłam do powieści Kornela Makuszyńskiego List z tamtego świata.

Są też książki, do których wracam cyklicznie. Mam zwyczaj „corocznego czytania Sparkiego”. Chodzi to dokładnie o powieści Davida Eddingsa: Diamentowy tron, Rubinowy rycerz, Szafirowa róża, Ogniste kopuły, Świetliści oraz zwieńczenie cyklu Ukryte miasto. Książek jest aż sześć więc nie każdego roku czytam wszystkie ale powroty są dość regularne a spotkania z bohaterami przypominają odwiedziny dobrych przyjaciół. Fabuła choć znana na wyrywki dostarcza mi za każdym razem tyle samo przyjemności. Od jak dawna trwa moja przyjaźń ze Sparhawkiem i jego drużyną? To już 16 długich lat. Oby posiadane przeze mnie egzemplarze wytrzymały przynajmniej drugie tyle…

Jeszcze dłużej trwa moja zażyłość z Tomkiem Wilmowskim, Anią Shirley i jej najmłodszą córką Rillą. O ile Ani z Zielonego Wzgórza nikomu przedstawiać nie trzeba o tyle moje serce skradła jej najmłodsza latorośl Maryla zwana Rillą. Powieść Rilla ze Złotego Brzegu jest najpoważniejsza w całym cyklu. Nawiązuje do I wojny Światowej bo akcja toczy się właśnie w tym okresie. Mamy tu i śmierć i kalectwo i niepewność o losy bliskich- to chyba faktycznie „najdoroślejsze” oblicze Ani. Wspomniałam też o Tomku Wilmowskim, który łapał kangury, tropił okapi, walczył z ludożercami i gościł na dworze Radży  żadnym innym bohaterem nie odbyłam tylu fascynujących podróży po wszystkich kontynentach. Z nostalgią wracam czasem do pierwszego tomu Tomek w krainie kangurów. Cała seria natomiast jest zdecydowanie na mojej książkowej wishliście.

O kolejnej z moich ukochanych książek raczej nie słyszeliście….Góra Czterech Wiatrów to powieść dla mnie wyjątkowa i bardzo klimatyczna. Koniec II wojny światowej, śląskie szybowisko a na nim niezwykła zbieranina: były więzień obozu koncentracyjnego, grupa warszawskich harcerzy, niedobitki oddziału partyzantów i miejscowi o których nie do końca wiadomo czy to swoi czy obcy. Pierwszej części Pilot gotów nigdy nie udało mi się dorwać ale mam nadzieję, że wszystko przede mną…

Na koniec coś co pewnie Was rozbawi na zasadzie…”ale serio romansidło”? Tak Romansidło a dokładnie trzy romansidła. Wyobraźcie sobie, że istnieje przedmiot, który wpływa na losy świata już od czasów wojny trojańskiej. Niezwykły fortel Odyseusza czyli Koń trojański to nie machina do zdobycia miasta a niewielka, słota figurka konia o wdzięcznej nazwie Tańczący na Wietrze. Pożądał jej papież Borgia, pragnęła Maria Antonina i to pragnienie zaprowadziło ją na szafot. Ogromna moc w małym przedmiocie… Pomimo, że trzy znane mi części cyklu czyli Niewolnica, Burza i Zagadki to typowe romansidła to jednak uwiodły mnie więcej niż raz.

Czy Wy również macie podobny sentyment do pewnych tytułów? Następnym razem opowiem o filmach, które powracają.

Sapioseksualizm- nowe i modne słowo na portalach randkowych.

Określenie jest na tyle świeże, że słownik w edytorze go nie rozpoznał i zaznaczył jako błąd. Jako Kobieta stanu wolnego i otwarta na świat posiadam oczywiście konta na różnych portalach o charakterze randkowym. Od pewnego czasu zaczęły się tam pojawiać opisy typu „jeżeli deklarujesz, że jesteś sapioseksualna ale oceniasz profile tylko po gołej klacie to od razu daj w lewo”. Kto ma tego typu konto ten zapewne wie, że „dać w lewo” oznacza nic innego jak zagłosować na nie.

Samo określenie bardzo mnie zaciekawiło i postanowiłam sprawdzić o co dokładnie chodzi. Na babski rozum: jestem homo sapiens czyli człowiek myślący. Idąc tym tropem sapioseksualizm to pociąg do rozumu czyli do osób inteligentnych. Wujek Google potwierdził mój tok rozumowania ale dodał, że w przypadku osób sapioseksualnych intelekt jest decydującym kryterium doboru partnera a wygląd jest na ostatnim miejscu.

Pomyślałam sobie WTF? Jaki sens ma wypisywanie takich bzdur na portalu, gdzie na podstawie jednej lub kilku fotek decydujesz o czyjejś atrakcyjności. Ocena trwa kilka sekund i ogranicza się do obejrzenia fotek i przesunięcia w prawo lub lewo. Najczęściej nie patrzymy czy ktoś ma w ogóle jakiś opis a więc tym bardziej mało kto je czyta. Co zabawniejsze takie głosowanie w 90% nie skutkuje nawet rozpoczęciem rozmowy. Jak przeglądanie strony sklepu internetowego z ciuchami i wrzucanie do wirtualnego koszyka ciuchów, żeby ostatecznie i tak nie kupić nic bo przy drugim spojrzeniu przestało się podobać. Gdzie więc w tym wszystkim miejsce na ten podkreślany sapioseksualizm?

Wydaje mi się, że po raz kolejny zaczęliśmy nadużywać słowa, którego znaczenie nie do końca rozumiemy. Tak… nie bez przyczyny użyłam końcówki -śmy bo identycznie sprawa się ma jeżeli chodzi o wybory facetów. Spójrzmy prawdzie w oczy… w wyborze partnera jednym z głównych kryteriów jest atrakcyjność fizyczna czyli po prostu wygląd. To on buduje chemię, która zazwyczaj prowadzi ludzi do łóżka. W przypadku prawdziwego sapioseksualizmu jedynym kryterium i katalizatorem jest intelekt wybranka. Mówiąc kolokwialnie może być brzydki jak noc ale skoro ma IQ jak Einstein to jest moim księciem z bajki. Ile takich przypadków znacie oczywiście poza bajką Piękna i Bestia gdzie Bestia na koniec i tak okazuje się „ciachem”? Ja sobie nie przypominam za bardzo ale z drugiej strony starszawa już jestem i mam zaniki pamięci i ogólnie czepiam się 🙂

Czy wobec tego ja uważam się za osobę sapioseksualną? A gdzie tam!!! Jestem wzrokowcem jak większość społeczeństwa z tą różnicą, że nie jest mi wszystko jedno co koleś ma w głowie. I właśnie tu tkwi pomyłka i niezrozumienie tematu… Sapioseksualizm a powiedzenie „nie jest mi wszystko jedno” to nie jest to samo. Nie szukam ani bezrozumnego troglodyty, który przez mięśnie nie mieści się w drzwiach ale też nie koniecznie noblisty. Chodzi o to żeby być na podobnym poziomie intelektualnym…po co? Zwyczajnie żeby mieć o czym rozmawiać i to o czymś więcej niż tylko co dzisiaj na obiad. Chodzi właśnie o równowagę… Jeżeli komuś wystarczy sam sex..ok. Ktoś będzie się realizował w związku w filozoficznych dyskusjach…też dobrze i nie mi to oceniać. Liczę, że istnieje jeszcze równowaga w przyrodzie i znajdę jeszcze swoją Bestię, która zamieni się w Księcia-ciacho ;).

Dodatkowe postanowienie na styczeń:

Zmienić opis na portalach randkowych na:

Jeżeli szukasz ale nie bardzo wiesz czego to uprzedzam, że nie jest mi wszystko jedno z kim, gdzie i jak …zawieram znajomość.

P.S. jeżeli ktoś już publicznie deklaruje sapioseksualizm ale nie do końca rozumie znaczenie pojęcia i jakimś cudem faktycznie trafi na osobę o ponadprzeciętnej inteligencji to wybaczcie ale ściema wyda się w jakieś 5 minut.

Postanowienia noworoczne. Czy w tym roku złamię zasadę i wreszcie coś sobie obiecam?

Moja odpowiedź brzmi „nie do końca”. Nie planuję w nadchodzącym roku robić wielkich deklaracji na 12 miesięcy ale to nie oznacza, że nie podejmę żadnego wyzwania. A oto dlaczego.

Nowy Rok to najczęściej napęd dla wielkich planów i postanowień. Problem w tym, że najczęściej co roku są one dokładnie takie same. Rzucenie palenia, zdrowsze życie, odchudzanie, zmiana stanu cywilnego i inne poważne założenia, które bardzo ciężko zrealizować lub wytrwać w nich. Spójrzmy prawdzie w oczy…jeżeli ktoś pięć lat obiecuje sobie, że rzuci fajki albo zacznie biegać to bez ściemy jakie jest prawdopodobieństwo, że w szóstym podejściu pójdzie mu/jej lepiej? Nie wiem na ile robimy takie plany bo wszyscy coś deklarują czy też może wybieramy mało realne tematy bo nikt nam nie będzie wypominał porażki? Dlatego ja w najbliższym 2019 roku rzucam sobie wyzwanie.

Jak wiadomo rok ma 12 miesięcy i 52 tygodnie w tym oto miejscu składam publiczną deklarację, że na każdy miesiąc będę układała plan składający się z minimum 5 a maksimum 10 punktów. Założenia  danego miesiąca będę uważała za zrealizowane jeżeli uda mi się wykonać plan w 80%. W ten sposób w ciągu roku będę miała nie jedno wielkie postanowienie a około 60 mniejszych i mam nadzieję, że realniejszych do realizacji.

A oto zestaw startowy:

Styczeń:

  • przeczytać 3 książki
  • zacząć kurs Exela
  • zrzucić 2kg
  • wrzucić na Bloga 5 wpisów
  • dokończyć rozpoczętą wyszywankę

Mam nadzieję, że jak na start całkiem niewygórowane mam plany i w miarę je ogarnę. Skąd we mnie taki pomysł? Z kalkulacji:

12 miesięcy x 5 postanowień = 60 postanowień

60 postanowień x80% = 48 zrealizowanych postanowień

a jeżeli bym spojrzała na maksymalną ilość to

12 miesięcy x 10 postanowień = 120 postanowień

120 postanowień x 80%= 96 zrealizowanych postanowień

Nie wiem jak Wy ale ja jeżeli bym miała do wyboru 1 postanowienie dużego kalibru, którego nie uda mi się zrealizować albo 48 mniejszych ale zakończonych powodzeniem to bilans jest chyba prosty… Pierwszego lutego oczywiście rozliczę się z Wami z powyższego tekstu i przedstawię plan na luty.

Zaletą planów miesięcznych jest również to, że nawet małe i z pozoru błahe sprawy mogą przerodzić się w mini projekty  i pomysły „na siebie”. Zachęcam Was do podejmowania wyzwań i proszę trzymajcie kciuki za moje 🙂

Domowy sposób na katar….

Tydzień temu odkryłam idealne lekarstwo na katar. Lek, który działa w 2 dni a nie 7. Ma niestety kilka skutków ubocznych i żadnej ulotki do zapoznania się przed zastosowaniem.

Pierwsza wada jest taka, że działa tylko na kobiety i bardzo wrażliwych mężczyzn. Faceci typu Macho są totalnie uodpornieni na substancję czynną. Druga wada jest taka, że lek powoduje poważną opuchliznę oczu. Ale już lepiej wyglądać jak siedem nieszczęść niż kichać non stop przez siedem dni. Wada numer trzy to brak kampanii społecznych edukujących w możliwościach wykorzystania tego specyfiku. Spójrzmy prawdzie w oczy…żaden koncern farmaceutyczny nie dopuści do upowszechnienia takiego leku. Pozostaje nam zatem stworzenie tradycji ludowej.

Zapewne właśnie w pamięci przeszukałyście wszystkie metody na katar i jesteście ciekawe cóż takiego jest w stanie zadziałać w tak szybkim czasie… Moje Drogie to nic innego jak wredny facet. Jak się okazuje nic tak szybko nie oczyszcza „zawalonych” zatok jak porcja porządnego, spazmatycznego i minimum 4-godzinnego płaczu. Jak w praktyce to działa?

Weźmy dla przykładu kobietę i nazwijmy roboczo Marysia. Nasza pacjentka rozpoznała pierwsze symptomy przeziębienia w czwartkowy wieczór. Trochę kicha, trochę smarka i ogólnie czuje się kiepsko. W piątek objawy przybierają na sile. Ludzie w pracy już po godzinie przestali jej mówić „na zdrowie” bo ewidentnie jej prychanie oznaką zdrowia nie jest. Marysia jako kobieta przezorna zaopatrzyła się w solidne opakowanie chusteczek, olejek do inhalacji i jeden z tych cudownych specyfików na zatoki bez recepty, żeby jakoś dotrwać do fajrantu. Przeżyła ten trudny dzień i to nawet na popołudniową zmianę. Już tutaj należą się jej gratulacje. W sobotę miała sporo planów ale zaspała. Dlaczego? Zwyczajnie grawitacja w okolicach poduszki była jakaś silniejsza niż zwykle i nijak nie pozwalała jej wstać. Zebrała się w sobie, wypełniła kieszenie chusteczkami i wyruszyła na zakupy. Trochę to trwało ale już po zaledwie 2 godzinach była w domu i mogła napawać się inhalacjami – celne uderzenie w sam środeczek. Cudowna ulga..

W tym miejscu pojawia się Pan Kuracja. Ogólnie metod na doprowadzenie kobiety do łez jest wiele…chyba nawet każdy facet ma swoją ulubioną metodę i tekst wkurwotwórczy (ups chyba właśnie powstał neologizm). Skuteczność tekstu to mix wrażliwości i oczekiwań kobiety oraz intencji i znieczulenia faceta. Oto kilka przykładów:

  • A to skoro jesteś chora to ja pójdę z kumplem mecz oglądać, co Ci będę przeszkadzał
  • Więcej się nie spotkamy
  • Hej co u Ciebie? Ja to się trochę nudzę ale wieczorem idę na randkę z inną…
  • Serio chcesz Sylwestra spędzać w Paryżu? A może jednak czipsy i piwo w domu jak co roku?

Nie jest dla nas ważne, która wersja trafiła Marysię jak grom z jasnego nieba. Istotne jest to jak zadziałała. Słowo „wycie” najlepiej chyba określa odgłosy wydawane przez naszą bohaterkę. Co pomyśleli sąsiedzi, tego nie wiem ale grunt, że ani policja ani inne służby się nie zjawiły. Skutkiem lamentu było podwojenie albo i potrojenie intensywności smarkania. Trwało to całe popołudnie i wieczór. W pewnym momencie oczy już tak jej spuchły, że kompres ziołowy był wręcz koniecznością. Wymęczona emocjami i utulona aromatem mentolu i eukaliptusa Marysia zasnęła.

Rano miała kilka symptomów przypominających kaca: ból głowy, nieostre widzenie, brak koordynacji ruchowej ale….nie smarkała. Jej szok był ogromny. Nabrała sił na zmierzenie się z dniem.

W poniedziałek współpracownicy Marysi byli przygotowani na ciąg dalszy kanonady bo to miał być zaledwie dzień piąty czyli samo apogeum kataru. Jakież było ich zdziwienie kiedy okazało się, że niepotrzebnie wykupili zapas maseczek ochronnych w pobliskiej aptece. Marysia wkroczyła do biura jak nowo narodzona i wszystkim pozostało domyślać się jakim cudem tak szybko ozdrowiała.

Teraz i Wy znacie sekret walki z katarem. Z uwagi na uciążliwość kuracji życzę Wam Kobietki dużo zdrówka 🙂

Czy rozwód to zawsze krew i łzy?

Rozwód nie jest niczym przyjemnym i nie mam zamiaru wmawiać, że jest inaczej. Jest jednak zjawiskiem bardzo powszechnym. Od mojego minęły właśnie trzy długie lata i chyba nabrałam dystansu żeby trochę opowiedzieć o otoczce.

Na początek kwestia powszechności. Dawno za nami są czasy kiedy ślub był do grobowej deski a rozwody owiane były złą sławą i kojarzyły się ze wstydem. Dzisiaj wszędzie natykamy się na rozwódki i kawalerów drugiego obiegu. Wystarczy przejrzeć znajomych na FB i bez trudu wyłapiemy przynajmniej kilkoro. A im wyższa cyfra powyżej 30-tki tym więcej przykładów.

Mój czas przyszedł w 31-szej wiośnie życia i to dosłownie. Kwiecień już nigdy nie będzie taki sam. Sprawy potoczyły się bardzo szybko z mojego punktu widzenia.  O wrażeniach drugiej strony z przyczyn oczywistych wiem niewiele. W wrześniu wniosek był już złożony. Zgodziłam się pokryć połowę kosztów (tak tak nie ma nic za darmo ale nie jest to cena będąca zaporą) i już w połowie grudnia odbyła się pierwsza i ostatnia rozprawa rozwodowa, której rocznicę niniejszym świętuję.

Wydawać by się mogło, że było zgodnie, sielsko i anielsko ale nie do końca. Co stanowiło zgrzyt w całym procesie? Jak dla mnie zaangażowanie osób trzecich. Mam takie szczęście w nieszczęściu, że mój Ex i Ja pracujemy w jednej firmie więc nasze rozstanie stanowiło niewielki ale jednak skandal obyczajowy. Było przedmiotem domysłów i plotek i przyznam totalnie z serduszka…gdybym miała życie tak bujne i rozrywkowe, nawet w połowie, jak chcieli mi wmówić niektórzy to oj… dziewczyny pilnujcie mężów. Ale nie miałam i z perspektywy czasu to nawet zabawne… Taka ze mnie prowincjonalna Korpo-Kardashainka :). Znaleźli się „spece” od udzielania dobrych rad i przyznam bez bicia do osób tych mimo upływu czasu nadal podchodzę z rezerwą. Taki jakiś niesmak mi pozostał… A fe.

Z punktu widzenia formalności niewiele tego było. Żadnych milionów do podziału więc i szybko poszło. Przyznam, że nie spodziewałam się finału w 8 minut. Na sali rozpraw jest sprytny zegarek. Odmierza czas od startu do zakończenia z pauzą na chwilę uzgodnienia i ogłoszenia postanowienia. Nie wyroku…przecież to nie amerykański film, gdzie wszystko kończy się wyrokiem :). 8 minut zakończyło 7 lat małżeństwa. Dziewczyny przypominacie sobie ile trwało samo planowanie ślubu? Rok? Dłużej? Ślub- godzina, wesele cała noc a potem koniec w 8 minut z czego najwięcej czasu zajmuje sprawdzanie danych z dowodu.

Czy żałuję? Nie.

Czy hucznie świętuję kolejne rocznice? Zdecydowanie nie.

Życie potoczyło się dalej i dla mnie i dla Niego. Najważniejsze to mieć wsparcie. Nie musi być liczne i nie jestem fanką angażowania całego swojego otoczenia w sprawę. Kilka zaufanych osób, które rozumieją, że prawdziwe wsparcie nie polega na wieszaniu psów na stronie przeciwnej, na szukaniu haków i snuciu dywagacji w stylu „ja to od samego początku wiedziałam”. To tak nie działa. Wsparcie nie wymaga nawet wielu słów ale jeżeli jest szczere to nic go nie zastąpi.

 

Wobec tego które określenie wolę? Rozwódka czy Panna z odzysku? Żadne! Mój stan cywilny obecny ani przeszły nie określa tego kim jestem. Jestem Kobietą. Dojrzałą, doświadczoną i świadomą własnych potrzeb i emocji. To słowo określa mnie w pełni.

 

Wibrator, sex shop i inne trudne słowa. Czy zakupy erotyczne to nadal powód do wstydu?

W ciągu roku mamy wiele okazji do otrzymywania prezentów. Urodziny, imieniny, Mikołajki, Boże Narodzenie, od Zająca czy inne okoliczności i rocznice. Otrzymywane prezenty są mniej lub bardziej okazałe i mniej lub bardziej trafione. Co zrobić żeby prezent był strzałem w dziesiątkę? Proponuję raz na jakiś czas zrobić prezent samej sobie. To jedyny pewniak. Dzisiaj bardzo krótko o nietypowych zakupach a mianowicie tych erotycznych.

Gdzieś ciągle pokutuje stereotypowe wyobrażenie sex shopu jako obskurnego miejsca z nachalnym i obleśnym facetem 40+ za ladą. Dookoła manekiny ubrane w lateks a na ścianach pozostałe gadżety niczym w średniowiecznej sali tortur. Nic dziwnego, że kobiecie wstyd jest wejść do „takiego” sklepu. Na szczęście to tylko stereotyp a prawda jest o wiele nudniejsza.

Wnętrze tego typu miejsca przypomina każdy inny sklep. Półki zastawione towarem według typu i przeznaczenia. Subtelna bielizna, jaką można znaleźć i w innych sklepach. Wszystko schludne, opakowane, ometkowane a za ladą akurat dwa razy trafiłam na bardzo miłą i pomocną Panią po 50-tce. Jest w tych sklepach też cywilizacja pozwalająca nie tylko na dyskretne zapakowanie zakupów ale nawet płatność kartą.

Pomimo takiej cywilizacji doskonale wiem, że samo wejście do tak oznaczonego lokalu może być dla kobiety problematyczne dlatego też internet wychodzi naprzeciw oferując zakupy na odległość z bezpiecznych czterech ścian i ulubionego fotela. Dla sceptycznych Pań dodam, że przesyłka w żaden sposób nie jest oznaczona i nie wskazuje osobom postronnym jak Kurier czy Pani w pocztowym okienku jaką zawartość skrywa paczka. Pozostaje zatem najtrudniejsza kwestia czyli wybór.

Tu zaczynają się schody bo wybór jest ogromy…rodzaje, kolory, kształty, materiał…jest tego dużo za dużo dlatego proponuję na pierwsze tego typu zakupy zrezygnować z zakupów tańszych ale zagranicznych…wiecie kobietki chyba co mam na myśli. Ta aplikacja zrobi większy mętlik i może się zdarzyć tak, że od nadmiaru zwyczajnie odechce Wam się zakupów w ogóle. Pomijam już fakt, że czas oczekiwania na przesyłkę jest jaki jest. Zostawmy to zatem na dalszą przyszłość bo nie ukrywam, że warto pobuszować w takich okazjach.

Na pierwsze zamówienie proponuję 2 sposoby:

  • Wybieram najpopularniejszy serwis zakupowy w kraju…Tak ten na A. W nim w wyszukiwarce wpisuję słowo klucz…powiedzmy WIBRATOR. Wyskakują tysiące wyników ale bez obaw zaraz zawęzimy wybór. Przeglądam pierwsze wyniki i wybieram coś co przykuwa moją uwagę. Przechodzę do oferty i tam sprawdzam sprzedawcę. Czy jest to sklep ukierunkowany na tematykę czy całkowity misz-masz. Powiedzmy, że trafiłam na typowy sklep z gadżetami o zabarwieniu erotycznym. Teraz sprawdzam warunki dostawy. Na pierwsze zakupy aby się oswoić polecam paczkomat. Można wtedy iść i odebrać pod osłoną nocy i nie patrzeć w oczy kurierowi lub tłumaczyć się domownikom. Teraz skoro mam już sprzedawcę i dogodne warunki dostawy buszuję sobie w aukcjach tego jednego sklepu. Prawie zawsze będzie tam i tak po kilkanaście modeli każdej zabawki jaka Wam przyjdzie do głowy a nawet takie o jakich nawet nie słyszałyście. Zamówienie, opłata i warunki dostawy i już można czekać na paczkę.
  • Wpisuję do wyszukiwarki hasło kluczowe i czekam aż „wyrzuci” mi adresy internetowe sklepów. Tu podobnie w pierwszej kolejności sprawdzam tematykę sklepu bo przecież śmieszne gadżety na wieczory panieńskie to nie do końca to co mnie interesuje. Następnie warunki i koszty przesyłki. Jeżeli te warunki mi odpowiadają to oczywiście jak w każdym sklepie asortyment mam podzielony na kategorie i nie muszę wertować setek gadżetów. Wybieram spośród tego co faktycznie mnie interesuje. Sam proces zamawiania i płatności jest podobny jak w każdym sklepie internetowym.

Zakupy przez internet mają jedno niewielkie „ale”. Nie polecam ich w przypadku braku wyobraźni do przedmiotów trójwymiarowych. O czym dokładnie mowa? Jeżeli nie umiesz sobie wyobrazić czy 21 cm to dużo czy mało jednak lepiej wybierz się do sklepu stacjonarnego. Przynajmniej na rekonesans jeżeli nie zrobisz zakupów. Będziesz miała przynajmniej wyobrażenie o wielkości, kształcie i innych cechach zewnętrznych produktu.

Czy tego typu zakupy są czymś wstydliwym? Raczej tak bo mamy nadal wiele stereotypów co do sfery cielesnej i erotycznej w naszym życiu i więcej tu nie wypada, zwłaszcza kobiecie. Warto jednak pamiętać, że ten gadżet ma swoje przeznaczenie i nie jest nim bycie przedmiotem umoralniającej dyskusji w jakimkolwiek kręgu. Jeżeli nie szokuje nas już piętnasta prawie identyczna torebka w czyjejś kolekcji to przestańmy się martwić co o nas pomyślą. Wszystkie mamy swoje potrzeby i obawiać się powinni faceci…

Prezentowy zawrót głowy.

Za oknami wreszcie śnieg i nastrój coraz bardziej świąteczny. Choinki usadawiają się w stojakach i zakładają to co mają najładniejszego. Pozostaje tylko skompletować wyposażenie podchoinkowe czyli prezenty. I na ten temat kilka moich refleksji. Co? Komu? Za ile? Jak kupować prezenty żeby nie zwariować, trafić w gust i w dodatku bez kredytu.

  • Dlaczego nie gotówka?

    Prezent w kopercie to częste rozwiązanie w sytuacji jeżeli nie udało się ustalić potrzeb obdarowywanego, przy różnicach pokoleniowych (babcie nie wiedzą co jest modne i nie chcą ryzykować) lub „na ostatnią chwilę”. Taki podarek sprawdza się kiedy ktoś faktycznie ma sprecyzowany cel to jest kolejna cegiełka. W innych warunkach zawartość koperty zazwyczaj idzie na przejedzenie, bilet miesięczny bo to akurat ten czas na dokonanie zakupu. Zwyczajnie po Świętach jesteśmy wypłukani z gotówki i prezent znika na zwyczajne, przyziemne potrzeby jak chleb i mleko czy też faktura za telefon. Prezent niby był ale jakby go nie było.

  • Listy życzeń.

    To jest coś co zdecydowanie planuję wdrożyć. W takiej liście fajne jest to, że można ją ciągle uzupełniać i modyfikować. A dodatkowo mogę umoeścić tam zarówno to czego faktycznie potrzebuję jak i totalne fanaberie. Wystarczy udostępnić taką listę bliskim i mamy załatwione okazje na cały rok. To jest moje noworoczne postanowienie.

  • Prezenty dla dwojga.

    Tu akurat moje refleksje są całkowicie teoretyczne. Ale gdybym pod choinką znalazła kupon do spa dla dwojga, rezerwację na weekend w domku z kominkiem czy VIPowskie bilety na jakiś musical oczywiście też dla dwojga to bym się nigdy nie obraziła. A gdyby to były wczasy pod palmami to nie ma tu już chyba nic do dodania. Prezent, z którego korzysta się wspólnie zamiast kolejnego krawata, zegarka czy perfum, chyba cieszy bardziej jednak.

  • Niespodzianki czyli granat z opóźnionym zapłonem.

    Często chcemy zaskoczyć podarkiem i tu pojawia się spore zagorożenie w dwóch odmianach: zdublowane prezenty i nietrafione. Te najczęściej trafiają do drugiego obiegu. Co to oznacza? Same stają się prezentami urodzinowymi, imieninowymi i na każdą inną możliwą okazję. Zapewne jeżeli się zastanowicie to przypomnicie sobie historię wędrującego obruska albo kompletu pościeli, który krąży od cioci do cioci i tylko patrzeć kiedy dotrze do pierwotnego darczyńcy. Nie ma w sumie nic karygodnego w przekazywaniu tego typu prezentów dalej bo przecież zawsze jest szansa, że komuś się faktycznie przyda a prezenty przecież są żeby sprawiać radość. Jeden warunek- pamiętajmy aby nie oddać prezentu w pierwszym podejściu tej samej osobie a najlepiej aby poszedł w inną gałąź rodziny- tak dla bezpieczeństwa.

  • Bony i karty podarunkowe.

    Mój kolejny typ. Coś między kopertą a faktycznie prezentem i daje pewne pole do popisu. Pozwala też wyeliminować duble i pudła opisane powyżej. Wiele sklepów oferuje dzisiaj karty przedpłacone o różnej wartości. Jeżeli nie mamy pewności czy obdarowywany nie ma już jakiejś książki, kosmetyku czy gadżetu warto pomyśleć o takim prezencie, który z jednej strony pozwoli wybrać coś co ucieszy a z drugiej nie da się tego przejeść jak w przypadku gotówki. Gdyby mnie ktoś pytał to chętnie przyjmę kartę do Empiku lub innej księgarni.

  • Inspiracje na prezenty w sieci.

    Internet a głównie portale społecznościowe mogą pomóc i nakierować na prezent jeżeli tylko mamy czas się przyjrzeć temu co interesuje osobę, dla której prezentu poszukujemy. Na co warto zwracać uwagę? W zasadzie na każdą aktywność: polubienia sklepów i firm, udział w konkursach, zainteresowanie wydarzeniami. Mówiąc bardziej dosadnie: mężczyzno, jeżeli Twoja kobieta polubiła już każdy sklep z biżuterią w promieniu 100km i wzięła udział w tuzinie konkursów o tej tematyce to sugestia jest chyba jasna a przesłanie na tyle klarowne, że warto zaryzykować 🙂

  • Kiedy robić zakupy?

    Ja jestem znana z zostawiania wszystkiego na ostatnią chwilę i ciągle sobie obiecuję, że to już ostatni raz. Warto zakupy rozłożyć w czasie. Jeżeli prezent jest już ustalony i wybrany możemy spokojnie dokonać zakupu wcześniej. W ten sposób wydatki też rozłożymy na kilka wypłat zamiast wszystko ogarniać z jednej. Robiąc jednak zakupy w ten sposób dla własnego spokoju musimy pamiętać o jednej ważnej rzeczy: JEŻELI JUŻ COŚ KUPIŁAM TO NIE SPRAWDZAM POTEM CEN. Dlaczego? Ceny w ciągu roku wahają się i mamy po drodze kilka okresów „wyprzedażowych”. Czy jest wtedy taniej czy drożej to już oczywiście inna kwestia ale dla samych siebie ograniczmy porównywanie po tym kiedy paczuszka leży już przygotowana. Prezenty mają dawać radość a nie stresy. Rozpoczęcie zakupów w październiku nie jest niczym niezwykłym i zdecydowanie popieram zwłaszcza, jeżeli do obdarowania jest wiele osób. Również przy zakupach online warto pamiętać, że im bliżej świąt tym większe prawdopodobieństwo, że sklep albo kurier nie zdąży na czas.

  • Duże prezenty czy upominki a może każdemu po równo w określonym przedziale cenowym?

    Nie dajmy się zwariować. Na Ciocię widywaną dwa razy w roku nie wydamy przecież tyle co na rodziców, partnera czy dziecko. Im bliższa relacja tym bardziej osobiste prezenty i też nie ukrywajmy droższe. Dalszym krewnym i znajomym zazwyczaj daje się drobniejsze upominki o ile w ogóle w rodzinie jest taki zwyczaj. Święta to też okazja do rozwijania kreatywności. Jeżeli interesuje Cię rękodzieło to miłym akcentem jest ręczne wykonanie upominków, kartek świątecznych czy nawet ozdób choinkowych. Jest to też okazja do rodzinnej zabawy i zaangażowania dzieci.

    Tyle z mojej strony strony dzisiaj. Możemy z czystym sumieniem wyruszać do sklepów tych zwykłych i internetowych. W następnym wpisie coś o bardzo kobiecych zakupach.

Horoskopy, wróżby, zaklęcia i klątwy. Mała wiedźma jest w każdej z nas.

Dzisiaj Andrzejki, czyli jeden z najbardziej magicznych dni w roku i jedyny taki w tradycji chrześcijańskiej. Ja ciągle mam w pamięci te szkolne ostatki z wróżbami…rozchichrane dziewczyny i koledzy z burakiem na twarzy.

Czy dzisiaj ta noc jest nadal magiczna? Z perspektywy moich bagatela 34 lat już chyba nie ale to nie oznacza, że w magię nie wierzę. Po pierwsze wiele zwyczajów magicznych jest związanych z fazami księżyca, podobnie jak rytm życia kobiety. Po drugie w tradycji pogańskiej, literaturze i ogólnie kulturze częściej to kobiety kojarzone są z szeroko pojętą magią.

W moim przypadku nie zagłębiałam się w temat aż tak, żeby uważać się za jakikolwiek autorytet ale mam swoje pewne doświadczenia.

  1. Sny- czasami po przebudzeniu zupełnie nie pamiętam tego co tworzyła moja podświadomość całą noc, innym razem budzę się z uczuciem niepokoju i pamiętam wszystko dokładnie jak film odtwarzany raz za razem w pamięci. Kilka razy moje sny sprawdziły się. Szkoda tylko, że te negatywne zazwyczaj. W snach też podobno często odwiedzają nas bliskie i zmarłe osoby żeby przypomnieć o sobie. Robią to tak długo aż odwiedzany „wpadnie w odwiedziny”. Ja w to wierzę i na swoim przykładzie zachęcam do odpowiadania na takie zaproszenia. Po jednym ze snów sama poczułam się jak rasowa wiedźma 🙂 Śniłam o znajomej, która wyjechała za granicę i kontakt mamy bardzo znikomy. We śnie rozmawiałyśmy, było ogólnie wesoło poza tym, że miała w brzuchu dziurę. Taką solidną i głęboką ale bez bólu czy krwi. Rano wstałam i jak to czyni większość populacji zajrzałam na FB. a tam szok…ta sama znajoma prezentuje potomstwo…W czasie kiedy śniłam o niej i dziurze w brzuchu ona akurat rodziła dziecko… Od razu wiem co pomyślicie ale nie…nawet nie wiedziałam, że jest w ciąży….Przypadek czy magia?
  2. Poczucie niewyjaśnionej obecności. To akurat bardzo niepokojący objaw. Może powodować dyskomfort a nawet strach. Niedawno zmieniłam mieszkanie i mam w zwyczaju nocne wędrówki w trójkącie łóżko-> łazienka->wodopój->łóżko. Przez dobre dwa tygodnie czułam, że w tych wędrówkach nie jestem sama. Jakby ktoś siedział sobie w kuchni za stołem i po prostu obserwował. Od razu wiadomo, ciarki na całym ciele i byle szybciej pod kołdrę. Wrażenie minęło tak jakby obserwator upewnił się, że może w spokoju sobie odejść. Teraz pozostały mi już tylko zwykłe sąsiedzkie hałasy i ruchliwa ulica za oknem.
  3. Ostatni bliski mi aspekt magiczny to znaki zodiaku. Ja sama jestem Wodnikiem a więc też oazą spokoju i cichym dziobakiem, który od czasu do czasu przejawia talenty artystyczne. W moim przypadku właśnie Was tym talentem atakuję. Moim kamieniem jest ametyst i kocham fiolet w związku z tym. A co z miłością? Podobno harmonijny związek mogę stworzyć z innym Wodnikiem lub Bliźniętami ale jeszcze nie miałam okazji się o tym przekonać. Moim przekleństwem z kolei są Lwy. Ktoś by się zaraz obruszył…”dlaczego tak generalizujesz”….w tym jednym przypadku wiem co piszę bo testowane na żywym organizmie i to akurat moim. Lew jest znakiem spolaryzowanym do Wodnika czyli gdyby ułożyć 12 znaków zodiaku w koło to jest jak godzina 6 i 12 dokładnie naprzeciwko. Takie znaki bardzo się przyciągają i wynajdują w tłumie jednak niestety zawsze i nieuchronnie kończy się to katastrofą. Jaki jest zatem facet Lew? Czy jest odważny jak jego pierwowzór w naturze? Zdecydowanie nie. Kto z nas nie pamięta filmów przyrodniczych. Piękna afrykańska sawanna, król w cieniu drzewa a dookoła jego harem i pełno małych uroczych lwiątek. On ma wszystko podane pod paszczę i jedyne co musi to przekazać geny. A Lew na dwóch nogach…jaką ma największą wadę? NIEZDECYDOWANIE…tak dokładnie nie potrafi podejmować decyzji w kwestiach poważnych jak dla przykładu związek (dla pewności test powtórzony 4 razy w ciągu mojego żywota). A jednocześnie ciężko mu zerwać relację bo to wygodnie tak leżeć na sawannie i nie musieć robić nic 🙂 Panowie Lwy …uważajcie żeby Was kiedyś te baby nie zagryzły za ten brak inicjatywy.

Na koniec o klątwach. Czy faktycznie da się kogoś przekląć mniej lub bardziej świadomie? Na temat moich życiowych nieszczęść miałam i mam pewną teorię i uważam, że słowo wypowiedziane w złej godzinie może narobić szkody. Nie znaczy to, że na pewno sama nie rzuciłam nic podobnego na wiatr. Tego żaden człowiek pewien być nie może. W oto i mała próbka takiej klątwy: Niechaj moc Pani potrójnej:Dziewicy, Matki i Staruchy poczuje w lędźwiach każdy mężczyzna, który w pełni świadomie, z rozmysłem postanowi aby mnie słowem zwieść, czynem wykorzystać i bez pożegnania odejść. Niechaj Pani siły lędźwiom jego odbierze na rok i dzień lub do chwili gdy szczerze z głębi duszy żal i skruchę okaże.
Klątwę niechaj Pani cofnie jeżeli przed upływem naznaczonego czasu inna niewiasta, pomimo niemocy lędźwi Jego po trzykroć miłość mu przyrzeknie a On jej. Aby żadna kobieta nie cierpiała za krzywdy moje.
Odmień los aby na mnie zła wola poprzestała. 

Pamiętajmy, że karma wraca z mocą potrójną. Nie wiem jak Wy ale ja wolę, żeby ten zwrot przyszedł mi na ogromny, skumulowany plus…kiedyś w przyszłości.

Ja o kawie a On o sexie czyli różnice językowe między płciami.

Od pewnego czasu zastanawia mnie pewna sprawa. W jaki sposób mężczyźni ze spotkania na kawę tudzież herbatę robią zaproszenie do łóżka?

Do analizy przedstawię kilka faktów:

  1. Kawa i herbata to napoje, które można spożywać zarówno w domu jak i miejscach publicznych.
  2. Nie zawierają alkoholu.
  3. Można je spożywać w ubraniu a jeżeli ktoś jest gapa i zawsze coś na siebie wyleje, to nawet wskazane są dodatkowe okrycia.
  4. Lekarze odradzają spożywania płynów w pozycji leżącej gdyż grozi to zachłyśnięciem i śmiercią.
  5. Spożywanie płynów nie wyklucza swobodnej rozmowy.
  6. Według słownika języka polskiego słowa kawa oraz herbata nie są używane na określenie stosunku płciowego ani innej formy obcowania cielesnego uznawanego za niestosowne.

Skąd więc takie skojarzenia? W dodatku tego typu planowane spotkania mają dziwną tendencję do ewolucji między chwilą ustalenia daty i miejsca do faktycznego spotkania.

Oto zawiła droga ewolucji: umawiamy się w biały dzień, środek miasta, popularna knajpa-> pracuję dłużej…może przesuńmy to bliżej wieczora-> co będziemy tak wieczorem po mieście łazić…może masz na osiedlu jakąś knajpkę-> po co wychodzić? podaj lepiej adres :)-> Mam kupić gumki czy bierzesz pigułki?

Być może warto poradzić się jakiegoś kryptologa, członka Mensy lub profesora logiki? Jeżeli ktoś rozwikła tę łamigłówkę powinien dostać jakąś ważną nagrodę o bardzo długiej nazwie nadawaną przez zacną kapitułę. Zasłuży na to…

Moja kandydatura jest następująca:

Kawę niektórzy piją z mlekiem, które jest nabiałem. Podobnie jak jajka. W jajku jest białko oraz ŻÓŁTKO… przestawiamy literki i wywalamy zbędne T i co nam pozostaje?

ŁÓŻKO jak w mordę strzelił…. Ja to jednak jestem równie genialna co skromna 🙂

Jak utrudnić sobie życie czyli Facet nawet kiedy nie pije potrafi mieć kaca.

Relacje międzyludzkie są trudne i jeżeli ktoś twierdzi inaczej to zapewne właśnie chlapnął sobie coś mocniejszego i nie ogarnia rzeczywistości. Poza komunikacją werbalną, która jak się okazuje też nie jest mega jednoznaczna (o czym w następnym tekście), mamy cały wachlarz zachowań i wewnętrznych bitw, nad którymi nawet się nie zastanawiamy. Z jednego niewinnego zdarzenia potrafimy stworzyć myślowego potwora, który nie daje nam spać w nocy aż zaczyna żyć własnym życiem. Mamy wtedy ciągłą rozkminę „co by było gdyby i odrywamy się od realnego świata.

Są też relacje przypominające zakrapianą imprezę. Zaczyna się miło i sympatycznie, jak większość katastrof. Śmiech, relaks, zabawa, całkowite rozluźnienie aż do totalnego błogostanu. W tej specyficznej imprezie biorą oczywiście udział On i Ona. Każde z nich odbiera pozytywne bodźce trochę inaczej.

Ona wypełnia się energią życiową, która choć tylko pozornie zdaje się nie mieć końca. Dwa dni radosna jak skowronek. Robi kilka rzeczy na raz i podejmuje wyzwania. Dlaczego dwa dni? Bo mniej więcej tyle potrzebują hormony szczęścia żeby  ulotnić się z organizmu o ile nie dostarczy mu się nowej porcji pozytywnych bodźców.

Co natomiast w tym czasie robi nasz On? Cierpi katusze 😦 ma kaca moralnego bo już zaczyna żałować. Było za miło, zbyt czule. A jeszcze Ona sobie pomyśli, że to coś więcej niż faktycznie było. I tak bez końca. Zadręczanie się wywołuje ból głowy i suchość w gardle zupełnie jak prawdziwy kac. A w skrajnych przypadkach nawet mdłości i drżenie rąk. Facet dotknięty taką przypadłością zazwyczaj robi najgorszą możliwą rzecz…

Uruchamia tryb milczący. Zero kontaktu z bazą. Nagle zapracowany, przytłoczony nadmiarem obowiązków. Ona zaczyna się martwić, dobijać i sprawdzać czy niedoszła ofiara jeszcze żyje czy już dogorywa. Najbardziej wytrwałe uderzają w lekki stalking. Te delikatniejsze tracą zgromadzoną energię w przyspieszonym tempie.

A przecież wieczór był taki miły…

Brzmi znajomo?

 

Obiecałam sobie i nie tylko, że pierwszy wpis będzie pozytywny. A cóż bardziej pozytywnego niż talerz wypełniony smakołykami? W ramach czystek przed zakupami spreparowałam takie oto placki wielowarzywne.

Składniki w opcji „jestem singielką, kocham placki i mogę je jeść na każdy posiłek”:

  • 6 średnich ziemniaków
  • 2 marchewki
  • papryka w dowolnym kolorze
  • garść świeżego szpinaku
  • ulubiona wędlina lub taka, która została a szkoda by było gdyby rozwinęła własną cywilizację przez weekend
  • 3 jajka
  • 3 łyżki mąki
  • przyprawy- dla mnie to sól i pieprz czarny mielony
  • oliwa do smażenia

 

Wykonanie- banalnie proste 🙂 wszystkie warzywa poza szpinakiem zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Dla fanek wersji fit proponuję tępą tarkę, żeby włożyć w to więcej wysiłku, a tym samym na zapas spalić trochę kalorii. Szpinak i wędlinę posiekać  i wszystkie składniki wymieszać w misce. Smażyć w miarę małe i nie za grube, żeby ziemniaki nie były surowe. Spożywać na pierwszy posiłek gorące a potem w myśl ” a co ma się zmarnować” w zależności od chęci i potrzeby aż do wyczerpania zapasu.

 

Smacznego 🙂

Placki ziemniaczane inaczej

Witajcie w Myszopolis

           Myszopolis…Tak postanowiłam nazwać przestrzeń w jakiej żyję i o której pośrednio będę pisać. Nie jest to metropolia. Zdecydowanie w takim anonimowym skupisku ludzkim nie mogłabym się odnaleźć. Myszopolis to jedno z tych miejsc, które udowadnia, że świat jest mały.

Kim jest wobec tego Szara Korpo Myszka?

  • Płeć: Kobieta
  • Wiek: 30+
  • Wykształcenie: humanistyczne
  • Stan cywilny: znowu panna
  • Motywacja do pisania: podobno nieźle mi to wychodzi

           Lojalnie uprzedzam, że wszystkie prezentowane wpisy będą czysto subiektywne. Każda/każdy z nas postrzega świat i to co nas spotyka w różny sposób i ciężko doszukiwać się tu prawd uniwersalnych. Roboczo stworzyłam trzy główne kategorie ale nigdzie nie jest powiedziane, że tak pozostanie na wieki wieków.

           Czytelników o delikatnych nerwach pragnę zapewnić, że chwilami może być drastycznie, erotycznie i ogólnie niemoralnie ale przecież w dzisiejszych czasach nie ma już w zasadzie tematów tabu.

 

Zapraszam do lektury.

Witaj Drogi Czytelniku

Zapraszam do kobiecego świata 30+

Dobra rada: patrz częściej na to, co się dzieje wokół. Uważnie. To bywa pożyteczne. I przestań w końcu karmić, tulić i pieścić swoje kompleksy. – Aleksandra Ruda

post

Czekając na natchnienie i na Ciebie…

Termin gonił nieubłaganie a w głowie i pliku miała całkowitą pustkę. Każdy pomysł krzyczał z ekranu TO JUŻ BYŁO!!

W lekkiej desperacji (choć nigdy by się do tego nie przyznała), postanowiła poszukać natchnienia w Internecie. Wydaje Wam się, że wiecie co mam na myśli? HA! Chyba jednak nie. Żeby napisać coś wywołującego w czytelniku dreszcze, warto doświadczyć czegoś podobnego. Skoro sięgnęła po coś mniej oczywistego to zapewne domyślacie się, że nie było to jakieś tam sobie pierwsze lepsze z brzegu porno. Przecież zawsze ciekawiej jest coś poczuć a nie tylko zobaczyć.

Portali o zdecydowanym zabarwieniu erotycznym znała kilka. Jedne z opowiadań a inne z doświadczenia. Założenie konta to pikuś ale napisać coś przyciągającego o sobie to już wyższa szkoła. Jak to dobrze, że zajmowała się ściemnianiem zawodowo.

Rubryka „O mnie”, no to startujemy:

Wzrost: <165cm

Sylwetka: okrągła (gdzie trzeba)

Rozmiar biustu: 85J (a myślicie, że to serio kończy się tylko na D?)

Lubię: masaże, 2M+K, większe grono, oral, o inne zapytaj

Nie lubię: bólu (tak – anal się tu wlicza), wszystkich fetyszy z kategorii FUJ

Szukam: krótkich ale intensywnych znajomości bez wchodzenia sobie w życie prywatne.

Jeszcze tylko jakaś fota, która nie pokaże zbyt wiele i voila. Mamy konto a Ona na jakiś czas przeistoczyła się w Sensualna40.

Doskonale wiedziała, że nawet bez zdjęcia zaleje ją fala męskiego SPAMu. Nie chciała jednak tracić czasu na gadki. W pierwszej kolejności odsiewała tych bez zdjęć i choć minimalnego opisu. Potem polecieli do kosza wszyscy poniżej 27 i powyżej 47 lat oraz Ci podający mniej lat ale z wyglądu jak jej własny ojciec. No bez przesady…szanujmy się choć trochę. Postanowiła sobie odpuścić też pary, a przynajmniej tym razem. Dzięki ostrej selekcji wybrała kilku rozmówców i posiadaczy (przynajmniej na foto) odpowiednich atrybutów. Nie była tu przecież dla rozmów filozoficznych a dla konkretnego sexu bez zobowiązań.

Jej uwagę zwrócił jeden profil. Elegancki_Pan nie tylko nie zasypał jej wiadomościami i sztucznymi komplementami ale przede wszystkim darował sobie atakowanie jej milionem zdjęć własnego penisa z różnych ujęć. Śmiejecie się? Widać nigdy takiego portalu nie odwiedzaliście. Uwielbiała takie rozmowy z mnóstwem podtekstów ale bez technicznych opisów. Pod koniec dnia ostatecznie olała pozostałych kolesi. Zaliczyła kilka fochów bo „jak to nie chcesz się bzyknąć teraz natychmiast w moim aucie”. Była jednak za stara żeby poświęcić im więcej czasu i uwagi niż PRZENIEŚ TĘ KONWERSACJĘ DO KOSZA.

Dodatkową zaletą Eleganckiego_Pana było też to, że miał  (jakoby) niedługo wyjechać za granicę na dłużej i tym samym malała szansa na niezręczne spotkania „na mieście”. Delikatnie wybadali czy mogą się znać prywatnie, ale jak się okazało mieszkali w innych częściach miasta, Ona była od niego starsza o pięć lat i pracowali w zupełnie innych branżach. Zagrożenie minimalne. Umówili się dokładnie 7 dni od pierwszej rozmowy. On wierzył w taki przesąd, że jeżeli ludzie nie spotkają się w ciągu 7 dni to raczej już wcale. Było coś na rzeczy.

Tego dnia była zdenerwowana na maksa. Stłukła ulubiony kubek i nie mogła spokojnie usiedzieć na miejscu. Umówili się na 20tą w wynajętym przez Niego apartamencie. Znała złą sławę tego adresu i starą maksymę, że co się wydarzy w delegacji, pozostaje w delegacji i zasadniczo się nie liczy. Ten apartament widział już nie jedną ani nawet nie setną taką delegację. Przygotowania wymagały od niej nie lada poświęceń ale odbicie w lustrze a potem spojrzenia taksówkarza potwierdziły, że zamierzony efekt został osiągnięty.

W budynku wjechała na ostatnie piętro i zapukała do drzwi na końcu korytarza. Była zdenerwowana ale kiecka, obcasy i makijaż dodawały jej +100 do pewności siebie. Nie wiedziała dokładnie jak będzie wyglądał, albo inaczej…nie wiedziała jak będzie wyglądała jego twarz, bo resztę obejrzała sobie na zdjęciach. Nie zawiodła się. Był wysoki i na bank miał minimum te obiecane i nie wiadomo dlaczego magiczne 180cm wzrostu. Ciemne włosy i delikatny zarost zdecydowanie trafiały w jej gust. Całości dopełniała ona!!! Nie dodatkowa kobieta- przecież pary odrzuciła- koszula. To był jeden z 3 fetyszy jakie miała. Facet w koszuli, jeżeli widać, że nosi się tak bo lubi a nie musi, to bardzo pociągający widok. Za chwilę miała się przekonać, że pozostałe dwa też znajdzie tej nocy. Zaczęli wspólny tour de apartament.

Apartament składał się z salonu, wcale nie mniejszej sypialni z, jakże by inaczej, absurdalnie wielkim łóżkiem z metalową i ozdobną ramą. W łazience i prysznic i wanna. Na wannę spojrzała z tęsknotą posiadaczki wyłącznie prysznica w mieszkaniu. Miała nadzieję, że się załapie na kąpiel. Oprowadził ją w ciszy i ostatecznie zasiedli na kanapie w salonie.

Pożerała go wzrokiem. „To może na przełamanie lodów czegoś się napijemy” zaproponował. „Zaopatrzyłem się w wino bo wspominałaś, że lubisz. Chyba się przyda.” To była najdłuższa jego wypowiedź od kiedy weszła i już wiedziała, że jest ugotowana. Koleś miał głos jak aktor albo cholera wie kto. Mógłby jej czytać książkę telefoniczną a i tak by słuchała z zachwytem. Fetysz numer dwa zaliczony. Wino było zimne, musujące i spełniło zadanie. Dystans na kanapie zaczął się skracać z każdym kolejnym łykiem. Robiło się coraz cieplej a w głowie szumiały i bąbelki i krew. „To może przeniesiemy się na wygodniejszy mebel?” Zaproponowała sama nie wierząc, że to powiedziała.

W sypialni nie było ciemno ale kolorowe abażury tworzyły specyficzny nastrój, który jakoś dziwnie kojarzył się jej z burdelem. W zasadzie chyba był to efekt zgodny z zamysłem i przeznaczeniem pomieszczenia. Zatrzymała się przed łóżkiem. Czuła, że On jest bardzo blisko. Ramiona pokryła jej gęsia skórka w chwili kiedy ich dotknął. Na karku poczuła ciepły oddech i odruchowo przymknęła oczy. Wzdłuż kręgosłupa przeszedł ją dreszcz. Dreszcz kiełkującej przyjemności, dreszcz niecierpliwego oczekiwania. Poczuła jak rozpina zamek sukienki i ta opada na ziemię. Została w bieliźnie i szpilkach. Dopiero w tej chwili się odwróciła i spojrzała mu w oczy. Pocałunek był gorący i smakował winem. Zaczęła rozpinać mu koszulę w pośpiechu ale delikatnie ją powstrzymał.

„Pamiętam, że kręci Cię dotyk więc w ramach wstępu proponuję mały i niestety daleki od profesjonalnego, masaż. Ale do tego pozwól, że pozbawię Cię jeszcze dwóch zbędnych części garderoby. Mam nadzieję, że się nie pogniewasz, że ja nadal jestem tak bardzo ubrany.” Wyszeptał to ledwo odrywając się od jej ust. Oszołomiona tylko skinęła głową. Czuła się totalnie obezwładniona, jakby nie miała za sobą lat doświadczenia. To było tak różne od przygód jakie miała do tej pory.

Wprawnym ruchem zdjął jej stanik, w którym ukrywała swoje 85J. Zaraz za nim na podłodze wylądowały majtki do kompletu. „Połóż się na brzuchu proszę”. To mówiąc z szafki wziął buteleczkę z olejkiem do masażu. Po pokoju rozszedł się zapach kokosów. To był jej trzeci i największy fetysz. Cała jej skór była jedną wielką strefą erogenną i teraz doświadczała większej przyjemności bez sexu niż przy 90% dotychczasowych partnerów już w łóżku. Było idealnie. Nie omijał niczego: kark, plecy, pośladki, łydki i znowu w górę. Mruczała jak kot i zupełnie nie kontrolowała tego. Nie wiedziała ile czasu to trwało. Nagle przerwał jakby się bał, że od nadmiaru przyjemności zaśnie. Delikatnie pomógł jej przekręcić się na plecy. Znowu zaczęli się całować. Oboje już pachnieli kokosem.

Pocałunki i pieszczoty rozpalały ją z każdą chwilą bardziej ale on nadal nie pozwalał jej na zerwanie z niego ubrań. Przez to czuła się jeszcze bardziej naga. Ułożył ją na poduszkę i dyskretnie zerknął na zegarek, jakby na coś czekał. „Czyżby żonkoś na wychodnym z ograniczonym czasem?” Przemknęło jej przez myśl. „Mam dla Ciebie jeszcze jedną niespodziankę i mam nadzieję, że się spodoba ale do tego potrzebujemy 2 małych rekwizytów.” Z szuflady wyjął dwa przedmioty. W normalnych warunkach na widok kajdanek już by była przy drzwiach wyjściowych bez względu na braki w garderobie. Teraz jednak zamiast niepokoju poczuła kolejną falę niespełnionego pożądania. Wiedziała, że jest już bardzo mokra. Drugim przedmiotem okazała się mała koronkowa maska. Pomógł w jej założeniu i delikatnie unieruchomił ją kajdankami. Była bezbronna. Kiedy już myślała, że za chwilę znajdzie spełnienie rozległo się pukanie do drzwi.

Wyszedł z sypialni. Słyszała ciche głosy w salonie. Cień strachu pojawił się i znikł kiedy On wrócił do pokoju. Wrócił ale nie sam. Tuż za nim weszło jeszcze trzech facetów i każdy był w masce. Półmrok maskował jej rumieniec a przynajmniej miała taką nadzieję. Takie sceny znała tylko z pornusków. Nie padło ani jedno słowo. Wszyscy czekali. Wreszcie on usiadł w fotelu ustawionym w kącie pokoju z idealnym widokiem na łóżko. Chyba nie zamierzał się włączać.

To co wydarzyło się potem dosłownie odebrało jej jasność myślenia. Wszystkie dłonie pieszczące ją jednocześnie. Usta i języki. Nie miała nigdy okazji do podobnych spotkań i doznań.  Widziała jak po kolei się rozbierają pilnując, żeby nie przerwać tej słodkiej tortury. Goście byli równie podnieceni co ona i chyba nie przeszkadzała im widownia. Pieszczoty zmieniły się. Jeden język wylizywał jej soki między udami, drugi delikatnie wodził po piersiach. W tym czasie jej język też dostał zajęcie. Zawsze lubiła lody ale ten był wyjątkowo apetyczny. Kajdanki zaczęły jej przeszkadzać bo miała ogromną ochotę dotykać ich tak jak oni dotykali ją. „Rozkujcie mnie” wychrypiała. Spojrzeli na fotel. On delikatnie skinął głową. Wolne ręce dawały jej znacznie więcej możliwości.

Mijały minuty a może nawet godziny. Mało ją to obchodziło. Cały czas czuła się wypełniona. Nie mogła tego nazwać kochaniem się. Zdecydowanie było to bardziej jebanie. Mokre i głośne. Na zmianę. Mineta-> ruchanie-> orgazm-> obciąganie. Było jej idealnie dobrze a wzrok Eleganckiego_Pana jeszcze bardziej ją rozpalał. Z założenia chyba nie mili tak spędzić całej nocy. Jej niespodzianki zaczęły eksplodować na jej twarz, piesi i brzuch. Żaden nie skończył w środku choć miała na to ogromną ochotę. Wyszli z mieszkanie tak samo cicho jak do niego weszli. Nikt ich nie odprowadził do drzwi.

Znowu byli tylko we dwoje. „Mam nadzieję, że niespodzianka się podobała ale i że znajdziesz jeszcze siłę i miejsce dla mnie” powiedział podnosząc się ze swojego punktu obserwacyjnego. Nadal był ubrany ale i tak wiedziała i widziała, że to co obejrzał podziałało. Rozbierał się powoli, nie odrywając wzroku od jej zaróżowionej twarzy. Podszedł do łóżka. „Pieść mnie tak jak pieściłaś ich” rozkazał. Wzięła go do ust tak głęboko jak mogła jednocześnie pieszcząc wargami i językiem. Jęknął a ona się tylko uśmiechnęła nie wypuszczając go ani na chwilę. Była już zaspokojona i to potrójnie więc skupiła się na jego przyjemności. Zdecydowanie był bardzo podjarany. Czuła ciepło spermy na ustach i wiedziała, że jest tego w cholerę dużo. Kolejne skurcze nie odpuszczały. Jeszcze nie widziała faceta, który nie padł od razu po jednym strzale a dziś miała takich czterech. To było dobre natchnienie.

Obudziła się przed południem. Była tak bardzo obolała, że w pierwszej chwili nie zauważyła nawet, że jest sama. Stwierdziła, że nawet tak woli. Rozmowa na siłę to nie dla niej. Zasadniczo dostała to po co przyszła a nawet sporo więcej. Odsłoniła wielkie okno. Gdyby nie to pewnie by przegapiła w mroku kartkę leżącą na stoliku.

Mam nadzieję, że nie obudziłem wychodząc. Apartament jest opłacony do końca dnia więc nie musisz się spieszyć. Wanna z masażem wodnym powinna pomóc na mięśnie. Ja wyjeżdżam zgodnie z tym co pisałem. Eleganckiego_Pana już usunąłem z portalu. Może zadedykujesz mi książkę albo przynajmniej opowiadanie. XOXOXO

Lustro w łazience nie pozostawiało złudzeń. To był obraz nędzy i rozpaczy ale gorąca kąpiel faktycznie pomogła. Ubrała się i zamówiła taksówkę. W drodze do domu już układała w głowie zarys fabuły. Gdyby nie burczenie w brzuchu to pewnie od razu by usiadła do pisania. Jedzenie, herbata i dres w dowolnej kolejności to był priorytet.

Plik czekał dokładnie tak jak go zostawiła- pusty. Drugi ulubiony kubek ustawiła w zasięgu ręki i zaczęła:

CZEKAJĄC NA CIEBIE. Rozdział 1

„Termin gonił nieubłaganie a w głowie i pliku miała całkowitą pustkę. Każdy pomysł krzyczał z ekranu TO JUŻ BYŁO!!

Upalny sierpień.

Nie lubię przeprowadzek? Uwielbiam przeprowadzki 😊 zwłaszcza te środowe/lodowe…

 

Kara za grzechy przeszłe i przyszłe. Tym były z jej punktu widzenia przeprowadzki. Godziny sortowania, pakowania i wywalania niepotrzebnego barachła. Szukanie dobrej duszy na tragarza i później to samo w odwrotnej kolejności w nowym lokum. Starała się ograniczać te wątpliwe przyjemności do minimum. Czasami jednak się  nie udawało.

Koniec sierpnia był upalny i nie sprzyjał pakowaniu, zwłaszcza w nagrzanym mieszkaniu na ostatnim piętrze. W tle leciał jakiś skndynawski kryminał a Ona dzielnie walczyła z powiększającym się stosem pudeł i worków z ubraniami. Musiała być gotowa na jutro żeby w miarę sprawnie zameldować się z całym majdanem pod nowym adresem, zainkasować klucze i ostatni dzień miesiąca poświęcić na doprowadzanie tego mieszkania do stanu błysku. Zapowiadał się długa noc i jeszcze dłuższa środa…

Pierwsza niemiła niespodzianka zaatakowała ją jeszcze przed śniadaniem. Auto ugadanego znajomego wylądowało u mechanika więc straciła transport. Przez chwilę wahała się czy napisać do M bo ich stosunki ostatnio znacznie ostygły. Żeby nie powiedzieć że wygasły jak wulkan. Nie miała jednak za bardzo wyboru ani innych pomysłów na szybko. Wysłała wiadomość bez owijania w bawełnę i w nerwach czekała na odpowiedź. Przyszła zaskakująco szybko. „Mogę być koło 18-tej. Dużo tego masz?” Po raz kolejny miała więcej szczęścia niż rozumu.

Już przed 17-tą była gotowa a pakunki poukładane w korytarzu tak żeby ułatwić noszenie i układanie w bagażniku. Przewidywała, że dwa kursy im wystarczą na całość. Denerwowała się i jednocześnie bała własnej reakcji na widok M. Zawsze działał na nią intensywnie, powodował, że traciła rozsądek. Z zadumy wyrwał ją dźwięk domofonu. Kroki na klatce sprawiały, że było jej jeszcze bardziej gorąco niż normalnie. Drzwi otworzyły się powoli, jakby się bał, że pudła go zaatakują. Czy też czuł się niepewnie? Neutralne powitanie uspokoiło jej skołatane nerwy. Teraz już nie miała czasu się zastanawiać nad pierdołami bo 4 piętra bez windy odbierały oddech skuteczniej niż kochanek.

Szczęśliwie dowieźli pierwszą porcję i wrzucili byle jak do salonu. Właściciel objaśnił szybko który klucz jest od czego i się ulotnił dyplomatycznie. Krótki oddech i ruszyli po drugą połowę. Powoli wspięli się znowu na 4 piętro. Mieszkanie było ciche i puste. Rozejrzała się i stwierdziła, że to co zostało to już lżejsze rzeczy na szczęście. Oddech powoli wracał jej do normy. Otworzyła balkon i poczuła na twarzy delikatny powiew wiatru. Przymknęła oczy. Usłyszała za plecami szelest. To M przedzierał się w jej kierunku przez zaporę w worków. Nie odwróciła się…czekała na to co powie lub zrobi. Podszedł na tyle blisko, że przekroczył  granicę jej samokontroli.

Zrobiła delikatny krok do tylu i oparła się plecami o jego tors. Bariery pękły jak bańka mydlana. Bez słowa odwrócił ją twarzą do siebie i wpatrywał w oczy jakby szukał tam oznak  buntu lub protestu. Nic takiego jednak tam nie było. Patrzyła na Niego bezczelnie i prowokująco. Nawet bez odrywania oczu musnęła lekko dłonią wypukłość jego spodni. „Co Ty ze mną wyprawiasz?” wyszeptał je w ucho i pchnął w kierunku kanapy.

Był lekko zaskoczony kiedy powstrzymała go przed zdarciem z niej całej garderoby. Rozsiadła się wygodnie na kanapie i patrząc mu prosto w oczy oświadczyła, że w taką pogodę ma największą ochotę na lody. Patrzył jak zahipnotyzowany kiedy rozpinała mu spodnie. Robiła to irytująco powoli. Wreszcie spodnie i bokserki opadły odsłaniając to na co miała ochotę.

Dłońmi trzymała Go za biodra a On swoje wplótł w Jej włosy. Sytuacja wyraźnie Go podnieciła bo praktycznie sam wskoczył w Jej usta. Najpierw lekko musnęła językiem po główce i zjechała aż do nasady żeby wrócić i tym razem połknąć w całości…tak połknąć to chyba dobre określenie bo aż się zakrztusiła. Poczuła zaciskające się dłonie….próbował przejąć kontrolę ale wbiła mu paznokcie w pośladki na znak, kto tu rządzi dzisiaj. Znała Jego ciało i dostosowywała tempo do reakcji. Dobrze wiedziała, że dzisiaj to będzie raczej szybki numerek ale takie właśnie lubiła. „Już zaraz…nie przestawaj.” Usłyszała tuż przed tym jak na języku poczuła słono-gorzki ale jakże znajomy smak. Cały drżał a ona uśmiechała się jak niewiniątko, które coś zbroiło. Spojrzał na nią nieprzytomnym wzrokiem a ona żeby jeszcze dodać wisienkę na ten torcik oblizała się ze smakiem… „No to pożegnaliśmy stare mieszkanie. Kiedy chrzciny nowego?” Wstała i złapała najbliższy worek…”To co ruszamy?”

 

 

Myszopolis, sierpień 2018.

Kawa czy herbata?

Poznać kogoś przez internet. Tak łatwo i jednocześnie tak trudno. Próbowała od tak dawna, że już nie pamiętała, który niewypał był z którego portalu. Bywało śmiesznie ale i strasznie. Śmieszyli ją najbardziej zakamuflowani żonkosie szukający wrażeń i tatuśkowie z piwnym brzuszkiem oczekujący dziewczyny o figurze modelki i małym rozumku, takiej w sam raz na raz. Na szczęście i nieszczęście nie spełniała tych kryteriów. Mało kto potrafił ją już zaskoczyć i zainteresować w sieci. A jednak….

Zwykły profil bez zdjęcia. Wiek 40+i standardowe rozpoczęcie rozmowy w stylu „Cześć, fajny profil. Czego/kogo tu szukasz?” Rozmowa miła a facet przynajmniej w pierwszym wrażeniu inteligentny i ogarnięty. I wtedy spada bomba albo czkawką wraca stara i bardzo niefajna znajomość z zamierzchłej przeszłości.

„Hej, pamiętasz mnie? Nadal wisisz mi jakąś suczkę.”- strach na chwilę odebrał jej umiejętność  oddychania. Miała nadzieję, że skoro zablokowała jego numer, pozmieniała konta na portalach i milczał ponad pół roku to będzie miała już spokój. Jak zwykle los z niej zadrwił. „Nic Ci nie jestem winna. Daj mi spokój. Mam zrzuty wszystkich Twoich wiadomości na wszelki wypadek. Odczep się i zajmij własnym życiem.” Jedna wiadomość i od razu zablokowała jego profil. Po kwadransie kolejna wiadomość od jakiegoś nieznajomego. ” Ty szmato. Masz mnie w tej chwili odblokować i spotkać się ze mną. Jeżeli dobrze mi obciągniesz to może nic o Tobie nie opublikuję w necie.” Soczyste przekleństwo, które wyrwało się z Jej ust zmieszało się ze łzami. „Nosz kurwa mać.” Kolejna blokada. Tak się nie da funkcjonować. Trzeba pobyć offline jakiś czas. Ostatnia wiadomość do 40+ „Cześć, muszę na jakiś czas zniknąć z sieci. Ale jeżeli byś chciał jeszcze pogadać to odezwij się na @. Pisz na misia_kociak2018@o2.pl.” Ustawienia-> usuń konto-> OK.

Dzień, tydzień, drugi…dużo melisy i powolny powrót do spokoju. Kilka pierwszych dni bała się wracać sama z pracy do domu z popołudniowej zmiany do tego stopnia, że wzięła kilka dni wolnego. Każdy dźwięk telefonu powodował kołatanie serca. Z czasem się uspokoiła bo Psychopata chyba dał za wygraną albo znowu się przyczaił. Odpoczywała też od facetów z portalu. Reset psychiczny w czystej postaci. Aż pewnego dnia na ekranie pojawiła się dawno nieoglądana ikonka wiadomości e-mail.

„Cześć, zaskoczyło mnie, że zostawiłaś namiar na siebie. Nie byłem pewien czy jesteś zainteresowana. Zniknęłaś tak nagle. Coś się stało? Pozdrawiam M.” Odwieczne pytanie, odpisać czy olać temat? Palec zawisł na chwilę nad klawiaturą zanim wcisnęła ODPOWIEDZ. Ich rozmowy z każdym dniem były coraz ciekawsze i emocjonujące. Rozmawiali o przesuwaniu i przekraczaniu granic. O swoich złych i dobrych doświadczeniach w poznawaniu ludzi online. Trochę ryzykowała ale opowiedziała M o Psychopacie. Był w lekkim szoku ale w sumie to kto by nie był? Odnowiona znajomość niebezpiecznie zbliżała się do dnia siódmego. Według Jej teorii randkowej, jeżeli ludziom nie udaje się spotkać w ciągu 7 dni to prawdopodobieństwo realnego poznania się maleje drastycznie z każdym dniem. Coś jej podpowiadało, że nie powinna do tego dopuścić w tym wypadku.

Styczniowe soboty mają to do siebie, że nie wyróżniają się niczym szczególnym. Co prawda tego dnia hajtała się jej koleżanka z pracy ale nie traktowała tego jak wielkie wydarzenie. Kolejny nudny weekend w domu. Wieczorem liczyła na wymianę kilku „gorących” wiadomości z M ale to w sumie na tyle z przyjemności. Na e-mail nie musiała czekać aż do wieczora. Przyszedł koło 14-tej z propozycją, na którą czekała. „To może kawa przy sobocie?” Zapowiadała się ciekawa randka w ciemno bo do tej pory nie wymienili się nawet fotkami. Zdawała sobie sprawę, że to może przynieść więcej rozczarowania niż przyjemności ale coś jej podpowiadało, że tym razem warto zaryzykować. Zaryzykować było tu słowem klucz bo spotkanie miało być w Jego mieszkaniu. Instynkt samozachowawczy chyba drzemał zamiast czuwać.

W kolejnej wiadomości dostała adres a nawet mapkę z trasą czyli wersję dla blondynek. Wybaczyła mu to jednak bo do mapki dołączył ciekawą propozycję. Zaproponował grę w Kawa czy Herbata….”A co byś powiedziała na taki scenariusz? Wchodzisz do mieszkania a ja mam na twarzy maskę. Umawiamy się jednak na herbatę. Zdejmę maskę dopiero kiedy o to poprosisz albo będziesz musiała sama to zrobić. Jeżeli zaiskrzy i któreś z nas zechce coś więcej to musi wpleść w rozmowę słowo kawa. Co Ty na to? Skusisz się?” To się trafił koleś z fantazją. Zastanawiała się czy ma ochotę aż tak intensywnie spędzić wieczór ale odpisała „Będę po 18-tej. Szykuj maskę.”

Autobus wlókł się przez całe miasto ale przynajmniej ogrzewanie działało bo zdecydowała się na sukienkę mimo iście zimowej aury. Adres znalazła bez problemu i bez pomocy mapy…ach ten męski brak wiary w kobiecą orientację w terenie. Jeden z ostatnich bloków bez domofonu. Weszła na klatkę. Pierwsze piętro. Dwa głębokie oddechy i pukanie do drzwi. Kolejne dwa oddech zanim otworzył. Faktycznie na twarzy miał maskę.

W mieszkaniu panował lekki rok rozpraszany światłem świec. Poza maską M miał na sobie koszulę i jeansy. Było ciepło więc pomykał boso. Poczekał aż wyplątałam się z płaszcza, szalika i wszystkich tych zimowych przyodziewków. Zaprosił mnie do salonu i na chwilę wyszedł żeby wstawić wodę na …no właśnie kawę czy herbatę. Dzielnie krzątał się w masce ale wreszcie przysiadł na kanapie w bezpiecznej odległości. „Może zdejmiesz mi tę maskę bo ciężko będzie rozmawiać?” Wstała i powoli podeszła dotknęła maski i już czuła, że za chwilę będzie albo bardzo dobrze albo bardzo źle. Maska odsłoniła…w sumie nie wiedziała jak Go określić i była wdzięczna za półmrok, który ukrył jej rumieniec. Wstał żeby odłożyć maskę i w tym samym czasie czajnik oznajmił, że pora na decyzję… „To może jednak masz ochotę na kawę?” W głowie huczało jej tylko „o kurcze to się nie dzieje!!!” ale jedyna odpowiedź jaka mogła paść to „TAK”.

Mrok, świece, scenariusz i przede wszystkim atrakcyjny facet tego było za wiele żeby jej silna wola mogła pozostać przy opcji herbaty. Zazwyczaj nie robiła takich rzeczy ale nie minął jeszcze kwadrans od chwili kiedy przekroczyła jego próg a już drogę między salonem a sypialnią zaściełały ich ubrania. Najszybsza herbata zapoznawcza w jej życiu i to bez herbaty.

Wszystko działo się szybko i bardzo intensywnie jakby poza nią. Czy po TAK ją pocałował? Była tego prawie pewna, podobnie jak tego, że podczas tego pocałunku walczyła z guzikami Jego koszuli. On miał znacznie mniej problemów z różnymi zapięciami Jej garderoby…ach to życiowe doświadczenie. Powinna była odczuwać wstyd ale nie odczuwała. Powinno być lekko nieporadnie ale tak nie było. Zupełnie jakby to nie było ich pierwsze spotkanie. W sypialni też stały świece i nawet by to pewnie doceniała gdyby nie fakt, że zupełnie nie mogła się na niczym skupić. Na niczym poza Jego ciepłym i przyjemnie pachnącym ciałem. Całował ją i szeptał do ucha urocze pierdoły od których tylko bardziej kręciło Jej się w głowie. Bardzo chciała Go dotykać i poznawać centymetr po centymetrze.

Podczas tej wędrówki wreszcie trafiła tam dokąd zmierzała. Atrakcyjny wygląd nie musiał przecież przekładać się na inne walory. Nie zawiodła się. Ewidentnie był równie podjarany tą sytuacją jak i Ona. Jękną pod dotykiem Jej palców. Wreszcie też dotarli do łóżka. Nie potrzebowali żadnej gry wstępnej, podchodów ani pieszczot. Chcieli tylko rozładować to nieznośne napięcie, które nimi targało. Delikatnie palcem sprawdził czy jest równie gotowa i podniecona. Zdecydowanie była i palec gładko w nią wniknął. Była wilgotna i zachęcająco rozsunęła uda. Zrobiła to tak żeby dodatkowo dotknąć i podrażnić jego i tak twardą już męskość. Spojrzał na Nią tak, że wiedziała- nie ma już odwrotu. Delikatnie wszedł w nią nie przerywając nawet na chwilę kontaktu wzrokowego.

Ponownie okazało się jak bardzo ich ciała były zgrane choć całkiem dla siebie nowe. Poruszał się powoli jakby sondował na ile może sobie pozwolić. Jej reakcje chyba mu się podobały. „Ależ Twoje cycki fajnie się majtają. Proszę pobaw się nimi.” Rozbawiona spróbowała dłońmi okiełznać swój rozbrykany biust. Ścisnęła piersi i zaczęła lekko tarmosić sutki. „O tak!” wychrypiał i pchnął mocniej. Jęknęła i złapała Go za ramiona uwalniając zabawki. „Proszę przeleć mnie od tyłu.” wyszeptała gdy znowu na chwilę zwolnił. Nie odezwał się tylko wyszedł z niej i jednym ruchem przewrócił Ją na brzuch. Złapał za biodra tak, że była idealnie wypięta i gotowa na ciąg dalszy. Schowała twarz w poduszkę gdy się w nią wbił. Tak lubiła szczególnie. Szybko i mocno. Poczuł to chyba bo złapał Ją za włosy i lekko ugryzł w lewe ramię. Przygryzła wargi żeby nie krzyknąć. Zamiast tego wyjęczała „Nawet nie waż się przestawać teraz. Rżnij mnie do końca.”

Ten tekst podziałał. Chwycił ją mocno za biodra i zagłębiał się coraz szybciej i coraz mocniej. Ona klęła w poduszkę bliska orgazmu. Straciła rachubę czasu. Nie wiedziała czy liczyć to jako szybki numerek czy może jednak pieprzyli się długo. Orgazm przyszedł i zalał Ją jak fala nad morzem. M zgodnie z nakazem nie przestał nawet na chwilę. Poczuł Jej spełnienie i sam z jękiem dołączył do kochanki. Długo leżeli obok siebie bez słowa. Nie bardzo w sumie wiadomo było o czym rozmawiać. Byli dla siebie obcymi ludźmi. Wreszcie przerwał milczenie. „To może jednak wypijemy tę herbatę?” Zaśmiała się wciąż zarumieniona i wyraźnie rozluźniona.

„Chętnie. Przyda nam się coś do picia ale wiesz…chyba przekonam się do kawy…”

Gorączka wrześniowej nocy.

Urlop we wrześniu to prawdziwa loteria. W tym roku postanowiła jednak zaryzykować i wygrała…nawet podwójnie. Jako singielka wybierała wakacje poza sezonem, żeby nie blokować terminów koleżankom, które wyjeżdżały z rodzinami. Dodatkowo trafiła świetną okazję i miała na wyłączność domek letniskowy nad jeziorem należący do kuzynki. Cisza, spokój, las i grzyby. Prawdziwe ładowanie baterii.

Miejscówka była tak urocza jak ją zapamiętała. Soczysta zieleń niedawno skoszonej trawy, plusk wody z jeziora niemal tuż za oknem i wszystkie te dźwięki zachwycające typowych mieszczuchów. Trochę żałowała nawet zbyt dobrej pogody bo z domku był kominek. Było zwyczajnie za ciepło na jego rozpalanie 😦 Rzuciła tylko torby w kąt i po prostu musiała sprawdzić czy woda w jeziorze nadaje się na kąpiel.

Kolejne dni mijały jej na błogim lenistwie, nadrabianiu lektury za cały rok i dotlenianiu na spacerach. Oficjalnie chodziła na grzyby ale mało zwracała na nie uwagę, bo co by miała potem z nimi robić? Dni przypominały raczej koniec lipca niż połowę września i tylko chłodny wiatr znad jeziora przypominał o tym, że lato umyka.

Do powrotu pozostały jej jedynie 2 dni i zaczęła powolny i bardzo nielubiany proces pakowania. Nie chciała ostatniego dnia biegać w popłochu po domku w poszukiwaniu swoich drobiazgów. Dzień był jednak wyjątkowo upalny i postanowiła poszukać ochłody w cieniu drzew. Wybrała się na swój ostatni długi spacer. Drzewa skutecznie zasłaniały jej większość nieba ale przechadzkę zakłócił  złowrogi pomruk dochodzący z oddali. Stwierdziła też, że zrobiło się nagle nieprzyjemnie chłodno. Zawróciła do domku ale coraz głośniejsi heroldowie zbliżającej się burzy sugerowali, że może nie zdążyć przed deszczem.

Gdy tylko wyszła z lasu zauważyła, że zrobiło się ciemno jak o zmroku i niebo przecinają coraz częściej błyskawice. Nic w tym dziwnego bo przecież woda przyciąga je podobnie jak wysokie drzewa. Całkowicie przemoczona dotarła do domku i już na progu zrzuciła mokre ubrania, przez które było jej zimno. Na mokrą skórę naciągnęła pierwszą lepszą sukienkę, która dawała jednak niewiele ciepła. Miała wreszcie okazję żeby rozpalić ogień. Na szczęście nie musiała wychodzić po drewno ponownie na ulewę, która zasłaniała już widok z okien. Mimowolnie podskakiwała za każdym uderzeniem pioruna.

Płomienie nieśmiało zaczęły skakać z polana na polano. Wyciągnęła zmarznięte dłonie w kierunku ognia i poczuła jak ciepło rozlewa się od palców w kierunku ramion i karku. Przeszedł ją dreszcz. Z lekkiej hipnozy wyrwało ją głośne walenie w drzwi. Delikatnie podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz. Stał tam przemoczony facet usiłujący obetrzeć strugi wody z twarzy. Niby wiedziała, że tak giną bohaterki kiepskich horrorów ale postanowiła zaryzykować i wpuścić nieznajomego.

Powoli i niezbyt szeroko uchyliła drzwi żeby mieć chociaż cień szansy na ich zatrzaśnięcie w razie czego. Koleś wyglądał jak siedem nieszczęść i nie przypominał filmowych psychopatów ani seryjnych morderców. „Cześć” wyjąkał. „Czy jest szansa żebym mógł tu przeczekać ten armagedon?” Otworzyła szerzej drzwi i wszedł do środka. „Wiem, że to już pewnie przesada ale czy mogę liczyć na choćby kawałek ręcznika bo zaraz zrobię Ci kałużę na samym środku salonu.” Obejrzała go dokładnie i stwierdziła, że faktycznie jest to całkiem realna opcja. Wskazała mu najbliższe drzwi „Tam jest łazienka, ręczniki a nawet o ile dobrze kojarzę to nawet znajdziesz w szafce męski szlafrok. Ubrania wykręć i przynieś to rozwiesimy koło kominka.”

Wrócił po 10 minutach wyraźnie szczęśliwszy i opakowany w wielki szary szlafrok „na gości”. Na stoliku stały już 2 kubki z gorącą herbatą. Spojrzała na Niego i wskazała mu miejsce obok siebie na kanapie. Przed chwilą dołożyła do ognia więc radośnie strzelały delikatne iskry. „Co Cię wygnało w taką pogodę z domu?” Zagadnęła i miała nadzieję, że zabrzmiało to naturalnie, bez cienia paniki w głosie. „Jechałem do domku po drugiej stronie jeziora i raczej nie spodziewałem się czegoś takiego w połowie września. Piorun strzelił w drzewo i teraz leży w poprzek drogi. Wolałem po ciemku nie jechać skrótami przez las ani siedzieć w metalowej puszce. Tu zobaczyłem światło i postanowiłem zaryzykować, że nie trafię na morderców-kanibali.” Kiedy opowiadał, Ona dyskretnie obserwowała… Wysoki, całkiem normalnie zbudowany i chyba bez piwnego brzuszka. Lekki zarost w trybie urlopowym zyskał jej aprobatę, podobnie jak zadbane dłonie. Dłonie bez obrączki ani śladu po niej. Cień szansy na singla w całkiem niezłym wydaniu.

Po herbacie pogoda ani myślała się poprawiać i zapadł prawdziwy zmierzch. Na stół wkroczyła nalewka według rodzinnej receptury. Rozgrzewała szybciej niż cały dzbanek herbaty. Nie znali się ale gadali o pierdołach, jeziorze, pracy w korpo i cholera wie jeszcze o czym. Alkohol lekko uderzał do głowy. Kto kogo dotknął pierwszy? Nie wiedziała i nie miało to najmniejszego znaczenia. Zalała ją fala gorąca i dreszcz taki sam jak po rozpaleniu ognia. Jednocześnie usiłowali odstawić stół i pozbyć przeszkadzających tekstyliów. Usta i języki zetknęły się łapczywie. Pocałunek o smaku porzeczki.

Letnia sukienka nie stanowiła zbyt poważnej przeszkody, podobnie jak szlafrok. Po chwili blask ognia oświetlił dwa nagie ciała. Na podłodze wylądował koc i szlafrok. Żadne nie pomyślało nawet o łóżku i sypialni. Zapewne nie myśleli już o niczym. Jej obserwacje potwierdziły się. Światło było delikatne ale widziała i czuła jędrne ciało, silne ramiona oraz twardą męskość. Delikatnie ułożył ją na posłaniu i zaczął  zasypywać pocałunkami całe ciało. Dłuższy postój zrobił na szyi, piersiach a potem podjął wędrówkę na południe. Nie potrzebowała nawet takich pieszczot bo była nakręcona jak stary zegarek i mokra jak świat z oknem. Skoro jednak miał na to ochotę to dlaczegóż miała rezygnować z dodatkowej przyjemności?

Bezbłędnie trafił we właściwe miejsce. Gwałtownie wciągnęła powietrze. Nie była to jej ulubiona pieszczota, ale chyba musiała zrewidować opinię. Zdecydowanie wiedział co i jak powinien robić. Jutro będzie miał zakwasy języka- przemknęła jej głupia myśl bo przecież coś takiego nie istniało. Było jej coraz przyjemniej zwłaszcza że niespodziewanie do środka wślizgnęły się jej dwa palce. Tym razem jęknęła. Uniosła głowę i wychrypiała „Dość…wejdź we mnie i przeleć mnie wreszcie”. Odsunął się powoli i tak jak wcześniej schodził w dół tak teraz podjął drogę powrotną. Pocałował ją zachłannie i tym razem nie czuła już smaku nalewki porzeczkowej a swoich soczków, które tak intensywnie zlizywał jeszcze przed chwilą. Była tak wilgotna, że w pierwszej chwili nie poczuła, że spełnia jej prośbę. Dopiero kiedy wbił się do końca poczuła go i szerzej rozsunęła nogi. Tym razem on wychrypiał jej prosto do ucha „Uprzedzam, że nie chcę się z Tobą kochać a raczej pieprzyć.” Spojrzała mu prosto w oczy „A możesz mnie nawet zerżnąć jeżeli wolisz ale przestań gadać i to zrób bo zwariuję.”

Tak jak zapowiedział nie było w tym sexie zbyt dużo delikatności. Pieprzył ją i przerywał gdy tylko poczuł, że jest na skraju. Burza się skończyła ale Oni nawet tego nie zauważyli. Przestała liczyć orgazmy albo nawet nie zaczęła tego robić. Sądziła, że całkiem dobrze zna swoje ciało ale teraz poznawała całkiem nowe rewiry. Podobało jej się najbardziej, kiedy chwycił ją za włosy i gwałtownie wszedł od tyłu. Straciła kontrolę i błagała o to żeby skończył w niej już teraz. Uległ. Przycisnął ją mocno do siebie ale i tak czuła, że drży. Usnęła tam gdzie położyła głowę.

Obudziło ją słońce świecące prosto w nos. W domku nadal unosiła się woń drewna i jeszcze inna, bardzo charakterystyczna…był to niezaprzeczalnie zapach sexu. A więc to nie był sen? Na stole w kuchni leżała kartka „Dziękuję za ratunek przed burzą. Być może do zobaczenia za rok. Pozdrawiam XYZ.”

Ekstaza na cztery ręce.

Ten, kto wymyślił, że praca biurowa jest lekka, łatwa, przyjemna i polega głównie na piciu kawy powinien resztę życia spędzić w krześle obrotowym i to bez podnóżka. To zdecydowanie nie była zwykła złośliwość a raczej frustracja wywołana ciągłym bólem pleców. Na całe szczęście kilka miesięcy temu spotkała świetną masażystkę. Ich cotygodniowe spotkania dosłownie ratowały życie umęczonym mięśniom.

Zbliżał się koniec roku, który jak zwykle był bardzo gorącym okresem w biurze. Wszystkie terminy na wczoraj, siedzenie po godzinach i ten stres. Siedziała i odliczała godziny do kolejnego zabiegu. Musiała przygotować mieszkanie, bo tym razem masaż miał się odbyć z dojazdem do klienta. W sumie może lepiej, bo do mieszkania przynajmniej nikt z rozpędu nie wparuje, jak to się czasami zdarzało w Salonie. Już zbierała się do wyjścia kiedy jej torebka zaczęła wydawać dziwne odgłosy. Udało się wydostać telefon z czeluści. „Cześć Słońce. Nie gniewaj się na mnie ale mam w domu szpital i nie dam rady przyjechać. Zorganizowałam zastępstwo. Mam nadzieję, że będziesz zadowolona. To widzimy się za tydzień. Paaaa.” Jednym tchem wyszczebiotała masażystka i tym samym na starcie ucięła wszelkie możliwe formy dyskusji. Jak zastępstwo to zastępstwo.

Nie miała zbyt wiele czasu. Na szybko rozsunęła meble i wzięła prysznic. Dzwonek do drzwi rozległ się bardzo punktualnie. Otworzyła i aż uniosła brew ze zdziwienia. Do jej mieszkania wkroczyło dwóch wysokich chłopaków przed 30-tką, objuczonych sprzętem. „My na zastępstwo” rzucił jeden z nich odstawiając torbę. „Jasne, zostałam uprzedzona, zapraszam do salonu, tam chyba będzie najwygodniej.” Miała nadzieję, że w jej głosie nie słychać zdenerwowania. „A Panowie to często na takie zastępstwa jeździcie?” Obserwowała jak sprawnie rozstawiają przenośny stół do masażu i wiedziała, że lada chwila zechcą rozpocząć zabieg. Ciekawe tylko czy obaj masują czy może jeden jest tylko od spraw technicznych? „Nie tyle na zastępstwa co raczej do innego rodzaju klientów. Zazwyczaj masujemy sportowców i dlatego pracujemy w duecie. Dzisiaj to przysługa i nie ukrywam dla nas też nowość.” Zabrzmiało to naturalnie i szczerze więc lekko się rozluźniła.

Lekko osłonięta standardowym okryciem wygodnie ułożyła się na stole. Na szczęście w mieszkaniu było ciepło i nie musiała dygotać. „Jak rozumiem miał być dzisiaj masaż na relaks więc gdyby było za mocno to proszę mówić.” Cały strach minął kiedy poczuła pierwsze krople ciepłej oliwki na plecach i łydkach. Słyszała kiedyś o niesamowitych wrażeniach podczas masażu na cztery ręce  ale tego co poczuła nie spodziewała się absolutnie. Zawsze miała delikatną skórę i była bardzo podatna na dotyk dlatego mimowolnie westchnęła przy pierwszym kontakcie.  Po mężczyznach było widać spore doświadczenie bo w kilka chwil złapali wspólny rytm. Jeden skupił się na spiętych kończynach a drugi usiłował przegnać spięcie z ramion i karku.

Masaż trwał już kilka dobrych chwil i choć bardzo się starała nie mruczeć to wiedziała, że z marnym skutkiem. Nagle poczuła, że jedna z dłoni zawędrowała wyżej niż powinna, pod okrycie i tak przecież skąpe. Nie zaprotestowała bo była bardzo ciekawa jak daleko posunie się intruz. Zamiast tego wymownie westchnęła i lekko rozchyliła uda. Skorzysta czy nie? Pierwszy strach i niepewność na widok dwóch facetów stojących w jej drzwiach już dawno wyparował i teraz pod wpływem gorącego dotyku pojawiły się lekkie dreszcze podniecenia. Niesforna dłoń nadal pozostawała zaledwie kilka centymetrów powyżej linii profesjonalizmu. Lekko rozczarowana poruszyła biodrami dając już ewidentnie do zrozumienia, że może posunąć się znacznie dalej. Zrozumiał i delikatnie wkroczył na zakazane terytorium. Drugi chyba to zauważył bo na ułamek chwili zastygł w oczekiwaniu. Czyżby czekali na głosy protestu, których nie było?

Jakiś wewnętrzny chochlik kazał jej zapytać prowokacyjnie „A czy jest szansa, że przód też masujecie?” Zaśmiali się…”Tylko na specjalne życzenie i wtedy to już oddaje się Pani całkiem w nasze ręce? Ryzykujemy?” „Ryzykujemy” wymruczała przewracając się na plecy. „Tylko czy któryś z Panów mógłby trochę zmniejszyć oświetlenie bo będzie raziło mnie w oczy.” Teraz masaż stał się jeszcze ciekawszy i skuteczniejszy. Solidna porcja oliwki wylądowała na jej piersiach i była rozprowadzana kolistymi, hipnotyzującymi ruchami. Teraz już nie próbowała się nawet powstrzymywać i głośno mruczała z zadowolenia. W chwili, kiedy palec mężczyzny w nią wniknął głęboko zaczerpnęła powietrza i lekko zesztywniała. Rozsunęła szerzej uda i znowu poruszyła biodrami dając mu znak żeby nie przestawał. Otworzyła oczy i tuż przy swojej twarzy zobaczyła ewidentny przejaw, tego jak fachowcom spodobały niecodzienne oczekiwania klientki. „Też mam ochotę kogoś pomasować…pozwolisz mi?” Wyszeptała z pozoru nieśmiało ale jej bezczelny wzrok spoczywający na powiększającej się wypukłości spodni, sugerował dokładnie o jaki masaż jej chodzi.

Tak…zdecydowanie całej trójce sytuacja bardzo się podobała. Sztywny członek jednym płynnym ruchem wyskoczył ze spodni i wylądował w jej ustach. Zamruczała zadowolona jakby tylko tego brakowało jej do szczęścia. W tej samej chwili do samotnego palca zwiedzającego jej gorące i mokre zakamarki dołączył drugi a kciuk powoli krążył wokół łechtaczki sprowadzając kolejne fale przyjemności. „A może zamiana? Chętnie skosztuję Was obu?” Zapytała filuternie. „A może przeniesiemy się na podłogę albo kanapę żeby było swobodniej?” Odbił propozycję jeden z mężczyzn. Szybka decyzja i już stół do masażu wylądował w przedpokoju a dywan zasłano grubym i miękkim kocem.

Gładko wróciła do przerwanej przyjemności. Jak się okazało drugi członek w niczym nie ustępował pierwszemu i był równie smakowity. Tym razem jednak na łechtaczce zamiast palców poczuła język i momentalnie oczy zaszły jej mgłą. W głowie nie było już żadnych myśli  a tylko rozkosz w najczystszej postaci. „Czy któryś z Was mnie wreszcie przeleci?” wychrypiała. Wiadomo, że kobietom się nie odmawia i w jednej chwili poczuła jak wypełnia ją pulsująca męskość, która dosłownie przed chwilą wdzięcznie prężyła się w jej ustach. Jęknęli oboje a jej palce wpiły się w koc. O to właśnie chodziło. Jak masować to po całości. Widać było, że jest równie podjarany co ona bo powolne ruchy szybko przeszły w ostre pieprzenie. Orgazm zalał ją jak fala morski brzeg. Nie było jej jednak pisane odzyskać zmysły bo poczuła jak sprawnie zamieniają się miejscami. Ich dłonie były dosłownie wszędzie…na piersiach, pośladkach.. Chciała żeby to trwało jak najdłużej. W pustym mieszkaniu było tylko słychać przyspieszone oddechy i jej błagania o więcej.

Ile to trwało? Nie wiedziała i wolała nie sprawdzać. Wieczór przeszedł w noc…noc pełną orgazmów i spermy zmieszanej z jej sokami. Nad ranem na chwilę usnęła. Kiedy się przebudziła była już sama. Masażyści po cichu zgarnęli klamoty i ewakuowali się bardzo profesjonalnie.

Na wciąż drżących nogach podeszła do drzwi i przekręciła klucz w zamku. Oparła się rozgrzanymi plecami o chłodną powierzchnię i przymknęła oczy. Trzy głębokie oddechy i była gotowa na powrót do lekko zdemolowanego salonu i rzeczywistości. Rozejrzała się i stwierdziła, że bałagan spokojnie zaczeka do … w sumie nie ważne…Z niemałym trudem odnalazła telefon. Nie bardzo miała siłę i ochotę na rozmowę ale wołała dać znać koleżance, że żyje. „ Zastępstwo ok, żyję ale nie wiem czy mam kondycję na ewentualną powtórkę więc ogarniaj ten domowy szpital.”

W snach wolno więcej…

Bezsenność dobijała ją od kilku dni. Bez względu na to, jak skonana wracała z pracy, sen nie nadchodził. Zaczynała czuć się i wyglądać jak filmowe zombie ale bez dodatkowej charakteryzacji. Zdecydowanie potrzebowała resetu. Weekend nadszedł jak wybawienie.

Sobotni wieczór zaplanowała co do minuty. Żadnych filmów i seriali, głośnej muzyki i intensywnego światła. Przygotowała sobie lawendową kąpiel z mnóstwem piany. W łazience i sypialni ustawiła kilka świeczek. Przygotowała też delikatnego drinka z ginem. Idealny domowy relaks. Pod wpływem gorącej wody czuła jak każdy mięsień jej ciała powoli się rozluźnia. Dodatkowo alkohol przyjemnie rozlał się po najdalszych zakamarkach gorącą falą.

Rozgrzana i odprężona wyszła z wanny i stanęła na chłodnych kafelkach. Pozwoliła wodzie swobodnie kapać z włosów i delikatnymi kroplami ściekać po ramionach i piersiach. Mokra i naga przeszła do sypialni. Z komody wyjęła białą koronkową koszulkę i włożyła ją na wilgotne ciało. Materiał od razu przylgnął do niej jak druga skóra i prezentował znacznie więcej niż zakrywał. Lekko uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze…

Cały wieczorny rytuał zadziałał dokładnie tak jak powinien  i tym razem szybko zapadła w sen bez koszmarów. Ale czy aby na pewno?

Biuro było puste, a przynajmniej takie sprawiało wrażenie. Ciszę burzył tylko szum z serwerowni i irytujące brzęczenie zepsutej świetlówki. Wszystkie drzwi na niekończącym się korytarzu były zamknięte..z wyjątkiem jednych. Lekko uchylone wydawały się zapraszać do środka. Podeszła i ostrożnie pchnęła żeby zajrzeć do środka. Dziwne, ale tu też było pusto. Weszła, żeby się lepiej rozejrzeć. Mini salka konferencyjna miała aż nadmiar różnych mebli…stoły, krzesła, kanapa i kilka okropnych brązowych puf pod ścianami. Podeszła do okna i przekonała się, że nie tylko budynek ale i cała okolica są kompletnie puste i ciche. Dźwięk zatrzaskiwanych drzwi przyprawił ją niemal o zawał. „To pewnie przeciąg” pomyślała i uspokoiła oddech.

Nagle i tak słabe światło zgasło i czyjaś dłoń zasłoniła jej usta. Krzyk i tak nie miał większego sensu skoro nigdzie nie było widać nikogo z pracowników biura. Krew zaszumiała jej w uszach kiedy na szyi poczuła czyjś gorący oddech. „Cicho dziewczynko, to tylko ja” wyszeptał dobrze znany głos..Jego głos. W tej chwili rozpoznała zapach i mocne dłonie błądzące po jej ciele. Gwałtownie obrócił ją twarzą do siebie i zaborczo pocałował. Zaczęli walczyć z guzikami, sprzączkami, haftkami i wszystkimi możliwymi przeszkodami jakie na niej znalazł. Przy bieliźnie stracił cierpliwość. Chwycił ze stołu nożyce i szybko porozcinał czarny, koronkowy komplecik, który miała na sobie. Smętne skrawki materiału opadły na podłogę.

Podczas walki z ubraniami zbliżyli się do kanapy. Rozsiadł się wygodnie i usadził ją sobie na udach. Delikatnie wszedł w nią bo doskonale wiedział, że już jest idealnie wilgotna, tak jak i ona wiedziała, że jego członek już pulsuje z niecierpliwego podniecenia. Wstrzymała oddech w chwili kiedy wbił się w nią po raz pierwszy. „Chyba ktoś tu tęsknił” wychrypiała lekko unosząc się, tylko po to by po chwili znowu na Niego opaść w tym wyjątkowym rytmie. „Mała, zwolnij. Mamy cały czas jaki zechcemy” wyszeptał zdejmując ją z siebie delikatnie. Jęknęła rozczarowana.

„Oj nie bądź zła. Powiedz na co masz ochotę?” Zapytał ze skruchą. Nie odpowiedziała, tylko uśmiechnęła się. „Zaczekaj chwilę”. Wstała i otworzyła szeroko drzwi na korytarz, tak żeby wpuścić trochę światła ale jednocześnie zachować tajemniczość półmroku. „Tak znacznie lepiej. Chcę Cię widzieć”. Władczym gestem pchnęła Go na kanapę i lekko przytrzymała kiedy usiłował się podnieść. „O nie! Teraz ja tu rządzę a Ty grzecznie leżysz”.

Pochyliła się nad nim i zaczęła znaczyć drogę mokrymi pocałunkami. Dłuższą chwilę zatrzymała się przy sutkach, które lekko przygryzła. Jęknął więc się zaśmiała i zaczęła schodzić coraz niżej i niżej. Lekko rozchyliła jego uda tak aby wygodnie się między nimi ulokować. Położyła się na brzuchu i dzięki temu ręce miała wolne. Zadrżał kiedy delikatnie językiem  dotknęła Go tuż nad jądrami i powoli przesunęła w górę aż do główki. Jednym zwinnym ruchem objęła go ustami. Był niesamowicie, twardy i pyszny. Powoli, po kawałeczku członek znikał w jej ustach a Ona…Ona bezczelnie  patrzyła Mu w oczy, które zakrywała mgła przyjemności.

Pieściła Go nie tylko ustami ale też językiem i delikatnie dłońmi. Trzy różne dotyki ale jeden rytm. Znał to doskonale. Za pierwszym razem zaskoczony, teraz wiedział czego się spodziewać ale i tak zawsze siła woli przegrywała z rozkoszą. Był już na skraju i oboje to wiedzieli. Ale to przecież Ona miała decydować, więc w jednej chwili, zupełnie bez ostrzeżenia przerwała. „Miło?” zapytała ze śmiechem. Nie planowała Go absolutnie dręczyć tylko trochę wydłużyć zabawę.

Znowu się pochyliła ale tym razem odrobinę niżej. Językiem musnęła jądra. Wzięła do ust najpierw jedno a potem drugie. Jednocześnie dłonią lekko muskała Go po nadal twardej główce. Znowu pochłonęła Go całego. Obserwowała Jego reakcje. Szybki i urywany oddech, naprężające się mięśnie całego ciała. Wiedziała, że to już prawie koniec. W chwili kiedy poczuła mocniejsze pulsowanie w ustach skupiła się tylko na wędzidełku.

Pierwszy skurcz i kropla spermy na języku zawsze wywoływały u Niej uśmiech satysfakcji. Wiedziała, ze to trochę potrwa. Teraz lekko masowała go już tylko dwoma palcami a On wił się i przeklinał obezwładniony przez orgazm.

„Kosmos” wycharczał…

Obudziła się gwałtownie, cała mokra jakby znowu wyszła z wanny. Za oknem nadal było ciemno więc po omacku sięgnęła po telefon żeby sprawdzić, która jest godzina. Wpół do drugiej… Na ekranie zauważyła też znaczek wiadomości. Otworzyła ją…oczywiście cały On „Mam nadzieję, że tym razem śpisz :)”. Jej palec przez ułamek sekundy zwisł nieruchomo nad wyświetlaczem zanim wcisnęła ODPOWIEDZ…8 liter..WYŚLIJ…

„PRZYJEDŹ”

Jeżeli czegoś nie wolno ale bardzo się chce…

Każdy ma jakieś fetysze a Ona miała aż trzy: nos,, głos i przedramiona. O ile dwa pierwsze wydawały się dość oczywiste, o tyle trzeci wywoływał zazwyczaj zdziwienie i serię pytań „o co kaman”. Odpowiedź była prozaicznie prosta- miała słabość do facetów w koszulach. A jeżeli jeszcze koleś podwijał rękawy, tak że odsłaniał przedramiona, to była bardziej niż tylko usatysfakcjonowana takim widokiem. Była wzrokowcem jak większość facetów.

Kiedy On pojawił się po raz pierwszy w biurze, w sposób naturalny stał się obiektem zainteresowania. Faceci poprzestali na pobieżnych grzecznościach, matrony surowo oceniły powierzchowność a singielki wyglądały na rozczarowane obrączką na wiadomym palcu. Ona, jako jedyna obserwowała z lekkiego dystansu i łowiła informacje, które ją interesowały. Kiedy już tłumek się zdecydowanie przerzedził wiedziała, że z tym Facetem może mieć wielki problem. W myślach robiła małe podsumowanie: dość wysoki, sylwetka proporcjonalna, choć określenie „kawał chłopa” też pasowało, twarz sympatyczna, wesołe oczy, szczery (chyba) uśmiech. Nie klasyczne ciacho ale interesujący całokształt…. i do tego ta koszula… Mógł mieć po obrączce na każdym palcu bo Ona widziała tylko te cholerne przedramiona.

Dni w biurze standardowo są podobne do siebie. Gładko przechodzą w tygodnie a tygodnie w miesiące. Siłą rzeczy nie mogła go całkiem unikać i w swoim mniemaniu zachowywała się bardzo naturalnie. Ot, zwykłe biurowe koleżeństwo. To było proste, bo jak się okazało, z każdym miał wspólne tematy a dodatkowo nie machał nikomu przed oczami swoim życiem prywatnym. Chwilami całkiem zapominała, że jest zajęty. I w sumie nie wiadomo kiedy zapomnieli o tym oboje…

Zaczęło się od wiadomości służbowych, które po kilku dniach przestały mieć cokolwiek wspólnego z pracą. Podteksty i aluzje do seksu zdominowały rozmowę. Bała się a jednocześnie strasznie ją to kręciło. Tajemnica, którą znali tylko Oni dwoje i ta niepewność czy to co czyta powinna traktować dosłownie czy raczej z rezerwą. Kiedy przyszedł jeden z tych długich weekendów nie mogła sobie znaleźć miejsca w domu a telefon aż parzył w palce. Była o krok od zaproszenia Go do siebie.

Żeby się zrelaksować zrobiła sobie długą kąpiel. W sypialni zapaliła świece, zrobiła delikatnego drinka. Położyła się i postanowiła jeszcze raz przejrzeć dzisiejsze wiadomości. Były jedną wielką prowokacją i po chwili poczuła, że choć nigdy jej nawet nie dotknął, to na samą myśl i tym robiło jej się mokro i ciepło. Odłożyła telefon zła na Niego i na swoje reakcje. Myśli jednak znowu odpłynęły a dłoń powędrowała pod koszulkę. Od kiedy wciągnęła się w te erotyczne SMSy, zdarzało jej się coraz częściej takie rozładowywanie napięcia. Nagle do jej świadomości przedarł się dźwięk domofonu. Chwilę jej zajęło zebranie się w sobie i odzyskanie kontaktu z rzeczywistością. Podniosła słuchawkę i usłyszała tylko lekko zachrypnięte- to ja…mogę wejść?

Denerwowała się jak nastolatka ale zdołała znaleźć i narzucić na siebie szlafrok. Pukanie do drzwi. Zrobiła trzy głębokie wdechy i wydechy żeby uspokoić swoje ciało. Powoli otworzyła drzwi i zrobiła krok do tylu pozwalając mu wejść do środka. Żadne  z nich się nie odezwało, jakby przerwanie ciszy miało wszystko zepsuć. Ile to trwało? A jakie to ma znaczenie…W jednym, długim kroku znalazł się tuż przed Nią i podjął nierówną walkę z paskiem szlafroka. Zrobiło jej się gorąco a krew gwałtownie uderzyła do głowy, tak że słyszała jej szum w uszach. Oboje wyłączyli myślenie. Naiwna wizja romantycznych pocałunków momentalnie uleciała i jej miejsce zajęła zachłanna żądza podsycana dziesiątkami wiadomości. Grawitacja okazała się bezlitosna i ubrania w kilka chwil pokryły podłogę od przedpokoju do sypialni.

Nastrój w pokoju już miała zrobiony. Panował w niej półmrok ale miała okazję obejrzeć Go sobie.  „Jesteś tego pewna?”- zapytał a Ona nie mogła nawet słowa z siebie wydusić więc tylko lekko skinęła głową. Delikatnie pchnął ją na łóżko. Tak było obojgu zdecydowanie wygodniej- jak to mówią różnica wzrostu w łóżku się wyrównuje. Zadrżała kiedy ją dotknął- Jej skóra podła zdrajczyni od razu sprzedała jej największy sekret i czuły punkt. Wędrował palcami delikatnie sprawdzając jej reakcje. Piersi raczej nie mogły Go rozczarować bo były Jej zdecydowanym atutem. Teraz oświetlone delikatnym blaskiem kusiły żeby ich spróbować…Poddał się bez walki a jego język lekko musnął gorącą skórę. Zadrżała choć zdecydowanie nie było jej zimno. Miała wrażenie, że dotyka ją jednocześnie wszędzie. Czuła wilgoć między udami i jakaś część jej (właśnie ta rozbudzona ale jeszcze niezaspokojona), chciała Go prosić, żeby wreszcie Ją przeleciał. Nie spieszył się, choć wyraźnie też był podniecony. Odsunął się delikatnie i jęknęła z zawodu. „Wracaj” wychrypiała.

Przez chwilę patrzyli na siebie niepewnie ale hormony wygrały. Delikatnie zaczął wędrować dłońmi po Jej nogach i na wysokości kolan zdecydowanie wślizgnął  się między uda. Ciało momentalnie zareagowało i nie mieli już szansy na odwrót. Nie wiedziała, w której chwili znalazł się w niej. Była tak mokra, że dosłownie odpłynęli. Biodra szybko znalazły wspólny rytm. Ona i tak była już na skraju orgazmu zanim jeszcze w Nią wszedł więc po kilku chwilach w Jej ciele wybuchły fajerwerki. Zwolnił na chwilę, ale szybko poczuł, że ona zaczęła się poruszać nadal nienasycona. Zaśmiał się lekko i wyszeptał tylko „Co Ty ze mną wyprawiasz…”.

Odwrócił ją delikatnie na brzuch i wszedł od tylu. Dzięki temu mógł szeptać jej do ucha i lekko kąsać w ramię. Okazało się, że w tej pozycji jest obojgu jeszcze przyjemniej. Zatrzymał się znowu. Nie chciał  jeszcze kończyć, było mu jej ciągle mało. Ale ona nie chciała przerwy. Poruszyła się. Odrobinę za wcześnie. Dosłownie poczuła jego orgazm.

Leżeli obok siebie półprzytomni. Ich oddechy urywały się jak po biegu. Odwróciła się do Niego  i powiedziała: „Mam prośbę…nawet gdy się to miało nigdy nie powtórzyć, to obiecaj, że nigdy nie będziesz tego żałował…”