Wyróżnione
Opublikowany w o mnie

Choroba XXI wieku cz. 2- wyjebanizm

Na początek wybaczcie kolokwializm w samym tytule ale chyba znacie powiedzenie „Miej wyjebane a będzie Ci dane”. Wyznawcy tej filozofii życia stosują ją bardzo szeroko i uniwersalnie.

Wszystko zaczyna się niewinnie już w szkole. W sumie racja, bo po co się wysilać skoro można mieć dobre oceny przepisując prace domowe i ściągając na sprawdzianach. A jeżeli w dodatku wyrobi się sobie opinię, to można na niej szybować wiele lat. Takie doświadczenia budują mit o tym, że to ktoś niech się stara za nas a my sobie przyjdziemy na gotowe.

Przychodzi czas studiów gdzie na farcie od sesji do sesji, potem praca licencjacka albo magisterska. Pół biedy jeżeli ktoś faktycznie za Chiny Ludowe nie jest dobry w pisaniu i szuka pomocy, a co innego przeczytać łaskawie własną pracę po raz pierwszy w dniu obrony, żeby tytułu nie pomylić. W takich bólach rodzi się zapewne niejeden magister.

Skoro już mam imponujący dyplom pora wyruszyć na podbój świata. Praca? Proszę bardzo… a im większe miasto tym większy wybór i mniejsze przywiązanie do jednej firmy. Nie mam doświadczenia? Nawet lepiej, bo firma wyszkoli mnie dokładnie pod siebie, a poza tym jak w szkole czy na studiach znajdę sobie jakiegoś dziobaka, który z radością mi pomoże, a nawet kto wie ..wyręczy w tym i owym. Znowu tanim kosztem buduję opinię i ślizgam się od firmy do firmy i od awansu do awansu.

Co z życiem osobistym? Przede wszystkim nie ten to inny /nie ta to inna. Tego kwiatu pół światu i inne frazesy rodem z Tindera. Przecież otwieram aplikację, zagłosuję, dam się zauważyć i niech mi zaimponują i zdobywają a ja zaczekam i wybiorę. Mijają 2 lata i już się nie stara? To nara i następny/a. Ważne żeby hajs się zgadzał i ładnie wyglądać razem na fotach. I tak do emerytury…

A gdzie wtedy jest reszta społeczeństwa? Ci koledzy i koleżanki ze szkoły, studiów, od których tak entuzjastycznie się ściągało? Zapewne na kasie w supermarkecie i to nie przez brak wiedzy, umiejętności czy ambicji ale przez zbyt dobre serce, niedobór asertywności i pokazywanie, że im zależy…

Czy przemawia przeze mnie zazdrość i zawiść? Pewnie trochę tak bo też gdzieś tam bym chciała mieć ciekawą i kreatywną pracę i jakiegoś Ktosia obok a mimo usilnych starań nie mam. Kiedy słyszę, że powinnam mieć na to wyjebane a samo przyjdzie, to każda komórka mojego ciała się buntuje. Bo nie tak powinno być! Za starania powinna być nagroda a za lenistwo kara.

Przy takich okazjach zastanawiam się czy tak wygląda darwinowska ewolucja? A może coś nie pykło w tej teorii? Jak się okazuje nie jest najsilniejszym ten kto walczy ale ten kto małym nakładem energii zajdzie dalej.

Kim chcę zostać kiedy dorosnę (mam przecież dopiero lat 2x 17,5)? Króliczkiem Duracell żeby móc zabiec dalej niż inni 🙂

Reklamy
Wyróżnione
Opublikowany w o mnie

Luty- najkrótszy ale najcięższy z miesięcy.

Pewnie zauważyliście, że przez 8 dni nie napisałam nic. Serdecznie za to przepraszam ale początek lutego jest dla mnie okresem całkowitego zawieszenia systemu 😦

Na początek warto się rozliczyć z planu styczniowego. Przyznaję się bez bicia, że trzy książki mnie przerosły i zakończyło się na jednej 😦 wiem…wiem wstyd straszny. Ten wynik postaram się nadrobić ale w marcu bo lutego niewiele pozostało. Dokończyłam za to rozpoczętą rok temu wyszywankę i teraz muszę namierzyć jakąś krawcową (może ktoś coś?) żeby mi z tego poszewkę na poduszkę zrobiła.

Exel przyznaję, że idzie jak krew z nosa i muszę się nad nim zdecydowanie konkretniej pochylić z należytym skupieniem a nie z doskoku jak teraz. Waga z kolei to trudny i rozwojowy temat. Liczę, że marcowa wizyta u endokrynologa popchnie temat zdecydowanie do przodu bo póki co drepcze małymi kroczkami. Tyle o styczniu bo minął i nie ma co się nad nim rozczulać. Luty trwa sobie z najlepsze. A oto i pięć punktów planu:

  1. Żadnych seriali- to okropne pożeracze czasu. Postanowiłam cały miesiąc obyć się bez nich. Pozostają mi ewentualnie filmy pełnometrażowe. Aż się trochę boję marca kiedy to dopadnę do nadrabiania zaległości jak szczerbaty do sucharów.
  2. Minimum 4 wpisy na blogu- odejmując obecny minimum jeszcze 3.
  3. Zmienić coś w wystroju mieszkania- po nocach śnię o jaśniejszych zasłonach bo obecnie  mam w kolorze czekolady co w połączeniu z szaro-burgundowymi ścianami daje efekt dość piwniczny.
  4. Wysyłać minimum 5 CV tygodniowo- tak w pierwszym tygodniu tyle się udało dlatego mam nadzieję, że taka ilość będzie realna.
  5. Skompletować osprzęt, iść na basen i się nie utopić. Zwłaszcza to ostatnie może być problematyczne.

Miesiąc trwa już więc i plan również jest w toku.

Dzisiaj było trochę krócej niż zwykle ale muszę lecieć po drożdże bo w końcu Międzynarodowy Dzień Pizzy i wypada coś zagnieść 🙂

Wyróżnione
Opublikowany w Ona i On

Trochę Sherlock Holmes a trochę Szpieg z Krainy Deszczowców. Dlaczego ciągnie nas do sprawdzania ludzi, których poznajemy?

Jak wiadomo informacja jest dzisiaj cenną walutą. Ułatwiają nam to media społecznościowe a i my swoją obecnością w przestrzeni publicznej pomagamy w gromadzeniu takich informacji.

Tydzień temu wybrałam się na tzw. szybkie randki. Może kojarzycie z filmów? Kobiety siedzące przy stolikach w knajpie i co kilka minut na dzwonek przysiadają się kolejni faceci. Krótka rozmowa i na koniec wypełnienie ankiety +/- przy imionach. Prosta sprawa na tym etapie. Ciekawie zaczyna się robić kiedy następnego dnia przychodzi e-mail i dowiadujesz się, że jest jakieś dopasowanie. Podejmujecie wymianę wiadomości i oczywiście pojawia się niepohamowana ciekawość albo coś wzbudza nasze wątpliwości, obawy i zaczynamy śledztwo. Zazwyczaj zaczynamy od FB. To prawdziwa kopalnia wiedzy. Tak też było w tym wypadku.

Co wzbudziło moją ciekawość? Facet wyglądał mega młodo i chciałam ustalić ile mniej więcej ma lat. Czy miałam z tym problem? Nie specjalnie… E-mail kontaktowy zawierał nazwisko więc wyszukiwanie trwało jakąś minutę. Profil bardzo tajemniczy, zachowane względy bezpieczeństwa- nie widać znajomych, postów ale jedna mała podpowiedź się znalazła… Nazwa szkoły średniej z podanym rokiem ukończenia. Bum pozamiatane. Zapytałam więc w kolejnej rozmowie SMSowej o wiek i … dodał sobie 8. Po co do dzisiaj nie wiem ale jakoś tego typu malutkie kłamstewka nastawiają mnie negatywnie do rozmówcy.

Co w zasadzie popycha nas do prowadzenia tego typu śledztw? Ja wyróżniam trzy rodzaje śledczych:

  • ciekawscy- ludzie, którzy po prostu lubią wiedzieć dużo. O ile nie wykorzystują swojej wiedzy w złych celach, nie stanowią zagrożenia. A kiedy uderzają z nutę szantażu to już wiadomo… podpadają pod odpowiednie paragrafy.
  • winowajcy- to specyficzna grupa. Jej przedstawiciele po prostu nie mają zaufania do ludzi i podejrzewają wszystkich o to co sami mają na sumieniu. Idealnym przykładem jest kiedy któraś osoba w związku zrobiła skok w bok i od tej chwili zaczyna podejrzewać swoją połówkę o dokładnie to samo.
  • nadziani- nie mam tu na myśli aspektów finansowych ani kulinarnych. Chodzi o osoby, które już w przeszłości zostały oszukane, skrzywdzone, przestraszone.

Od czego zazwyczaj zaczyna się takie śledztwo na FB lub innym portalu? Wyszukanie danej osoby. Nie każdy rejestrując konto decyduje się na podawanie imienia i nazwiska. Skróty, pseudonimy, anagramy są bardzo często spotykane. W dalszej kolejności patrzymy na to czy mamy wspólnych znajomych. Daje to chyba poczucie bezpieczeństwa ( nie do końca rozumiem dlaczego) ale uwaga wspólni znajomi nie gwarantują długiej i szczęśliwej znajomości. Smutna prawda jest taka, że nic nam takiej gwarancji nie da…nawet zawarcie znajomości na spotkaniu o charakterze religijnym.

Informacje „zdobyte” w drodze śledztwa mogą nam i pomóc i bardzo zaszkodzić. Jak? Przez wyciąganie pochopnych wniosków. Kobieta na zdjęciu mojej przyszłej randki nie musi oznaczać od razu, że kłamie i nie jest wcale singlem. Jak się okazuje chłodne podchodzenie do interpretacji „dowodów” jest znacznie trudniejsze od ich gromadzenia. Dodatkowo warto mieć tę świadomość, że druga strona może prowadzić własne śledztwo.

O czym warto wobec tego pamiętać jako osoba, która może potencjalnie stać się przedmiotem czyjegoś śledztwa?

  • pokazuję na FB tylko to co faktycznie chcę, co nie wzbudza moich obaw, niepewności lub może się stać bronią w innych rękach.
  • nie kłamię, nie koloryzuję zwłaszcza w kwestiach, które ławo sprawdzić- wiek, praca- Myszopolis jest serio małym miastem a im bardziej chcemy coś ukryć tym jest mniejsze.
  • druga strona też może mieć swoje obawy, o których boi się lub po prostu nie chce mówić na starcie znajomości- uszanujmy to i nie obrażajmy się za sprawdzanie informacji, które sami upubliczniamy.

Jak zakończyło się moje śledztwo? Po dokopaniu się do tej jednej poważnej niezgodności usiłowałam podpytywać o to na spotkaniu na żywo. Nie przyznał się więc jeżeli kiedykolwiek trafi na ten tekst lub na Tinderze zacznie przeszukiwać kobiety w moim wieku i odkryje, że „dałam Go w prawo” to chyba się zorientuje…

Wyróżnione
Opublikowany w o mnie

Choroba XXI wieku cz.1- strach.

Spokojnie to nie będzie kolejna propaganda o otyłości, używkach, depresji i innych chorobach, które diagnozują lekarze. Chcę napisać o pewnych zjawiskach, które nas otaczają i dotyczą a nawet najczęściej nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Najpoważniejszą chyba chorobą jest strach. Boimy się totalnie wszystkiego i ilość nazw dla kolejnych fobii poraża. Natura wymyśliła strach jako ochronę przed autodestrukcyjnymi zapędami człowieka ale też i innych zwierząt. Nie jesteśmy przecież aż tak wyjątkowi. Z uwagi na to, że wszystko podlega ciągłej ewolucji to człowiek współczesny boi się inaczej i czego innego niż dla przykładu neandertalczyk. A czego boimy się najbardziej? Zmian!!!

Cywilizacja wykształciła tzw strefę komfortu, która spójrzmy prawdzie w oczy często z prawdziwym komfortem ma niewiele wspólnego. W dodatku nasza tradycja stworzyła nawet ludowe porzekadła sankcjonujące ten stan rzeczy. Znacie je?

Lepsze wrogiem dobrego.

Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu.

Lepszy znany diabeł.

Lepsze znane piekło niż nieznane niebo.

I faktycznie, stojąc przed wyborem zazwyczaj decydujemy się na to co swojskie i bezpieczne. Wyjątkiem są tu w zasadzie jedynie zakupy. Ludzie na zakupach dzielą się na dwie kategorie: to jest nowość i będę w ekskluzywnym gronie pierwszych użytkowników lub zaufały im miliony i jestem w tym gronie.  Ja z kolei bym chciała opowiedzieć o wyborach i zmianach w naszych głowach. Jak przecież wiadomo początkiem każdej zmiany jest myśl.

Zdarza się jednak tak, że strach torpeduje twórcze myśli. A jeszcze gorzej kiedy robi to czyjś strach. Za każdym razem  kiedy rozmawiasz o swoich pomysłach z kimś kto używa określeń: ja bym tak nie mógł/mogła, jak by się w życiu na to nie zdecydował/a, a co ludzie powiedzą, pamiętaj, że ta osoba mówi o własnych obawach. Bardzo łatwo adoptujemy cudze lęki jakby były bezdomnymi kociakami. Przytulamy je do serca i zanim się obejrzymy są już całkowicie nasze tak jakby nigdy nie było inaczej.

Które decyzje najczęściej poruszają nas i nasze otoczenie?

  • decyzje zawodowe- zmiana pracy to trudny temat zwłaszcza, że pokolenie naszych rodziców najczęściej pracuje w jednej lub w porywach drugiej firmie od zakończenia edukacji; zmiana pracy to tragedia niemal taka jak jej zupełna utrata; jeżeli w obecnym miejscu płacą na czas i można chodzić na zwolnienia lekarskie to już szczyt marzeń bo przecież u większości „prywaciarzy” nie ma tak dobrze…
  • decyzje związkowe- rozstania a przede wszystkim rozwody to czasami konie świata. Strach przed napiętnowaniem jest wciąż duży i totalnie irracjonalny. Tu jako rozwódka potwierdzam, że ani mnie nie ubyło, ani popadłam w żaden wstydliwy nałóg i nie „stoczyłam się na dno”. Tak jak związek tworzą 2 osoby tak i rozstanie to 2 osoby w dalszym ciągu a jeżeli bliżej nieokreślonym ludziom to przeszkadza to cóż…ich problem.
  • decyzje mieszkaniowo-bytowe- temat chyba najtrudniejszy. Jesteśmy dzisiaj bardzo mobilni. Weekend za miastem lub city break to nic niezwykłego. Pociągi i tanie linie lotnicze sprawiają, że świat się kurczy. Ale kiedy ktoś zaczyna wspominać o przeprowadzce do innego miasta ot tak po prostu tu już pojawiają się lęki bo przecież tyle rzeczy może pójść nie tak: nie będzie tam pracy, sami obcy ludzie, nieznane miasto, w ogóle to zamordują i zakopią więc lepiej nie ryzykować.

Każda nasza myśl i plan wywołują ekscytację. A każde pomyślane, wypowiedziane czy usłyszane ALE ją niszczą. Ludzka kreatywność operuje tak wieloma słowami i obrazami…strach ma jedno ALE i bardzo często wygrywa.

Poprosiłam Was o wzięcie udziału w krótkiej ankiecie. Wyniki są bardzo wyrównane. Siedem osób przyznało, że idzie na żywioł a siedem, że woli bezpieczeństwo i stabilizację. Nie to jest jednak najciekawsze. Spośród około 250 osób, które widziały post o ankiecie na jej wypełnienie zdecydowało się jedynie 14 i serdecznie Wam za to dziękuję.

Wychodzi na to, że jesteśmy narodem bojaźliwym. Spontaniczność to rzadki gość a większość planów pozostaje tylko planami, pomysłami, marzeniami aby coś zmienić.

Podobno ludzkie komórki wymieniają się co 7 lat i w takich samych cyklach zmienia nam się gust i smak. Za 3 tygodnie kończę 35 lat. Czy w takim razie to będzie mój rok rewolucji i zmian skoro to wielokrotność siódemki? A może ilość ALE przeważy?

 

W cz. 2 zmierzę się z filozofią „miejcie wyjebane a będzie wam dane”.

Wyróżnione
Opublikowany w czas wolny

Do nich wciąż powracam- filmy.

Ostatnio pisałam o moich powrotach do ulubionych książek a dzisiaj opowiem krótko o ukochanych filmach. Do jednych wracam z rozmysłem a do innych przy okazji np świątecznej ramówki TV. A oto i moje ukochane filmy w kolejności raczej przypadkowej…

  1. Miasto Kości- na pierwszy rzut oka młodzieżowe romansidło na podstawie książki. Wszystko to prawda ale film zachęca ciekawą obsadą, klimatem dobrego fantasy, ścieżką dźwiękową i szybką akcją. Twórcy zdołali tak skondensować książkę, że nie zgubili żadnych istotnych fragmentów i tylko szkoda, że poprzestali na jednej części i zamiast kontynuacji powstał odrębny serial….wytrzymałam  jakiś kwadrans pierwszego odcinka 😦 wielka szkoda.
  2. Cyrulik syberyjski- wielka i zakazana miłość w carskiej Rosji, zderzenie dwóch światów bo główna bohaterka jest Amerykanką. Jeżeli ktoś podoła to zachęcam do oglądania po rosyjsku z napisami bo efekt jest zdecydowanie jeszcze ciekawszy. Mamy też coś a właściwie kogoś z naszego podwórka- jedną z pomniejszych ról zagrał Daniel Olbrychski. Film po raz pierwszy oglądałam na studiach na zajęciach z języka rosyjskiego a więc w wersji oryginalnej. Od tamtej pory minęło lat 13 a ja do filmu powracam średnio raz w roku i zawsze polecam jeżeli ktoś pyta o romantyczny ale nieznany film dla dwojga. Walentynki tuż tuż więc warto rozważyć taki seans z drugą połówką.
  3. Przeminęło z wiatrem- i tu Was pewnie zaskoczyłam bo długie, stare i pewna stacja puszcza raz na kwartał. Tak i właśnie od czasu do czasu jeżeli jestem w domu u rodziców i na taki seans trafiam (zazwyczaj jest to ramówka właśnie świąteczna) to korzystam. Filmowa Scarlett jest urzekająca i jej podejście do życia „zastanowię się nad tym jutro” jest mi dziwnie bliska :).  Nie wspominając już o płomiennym romansie. W sam raz na zimowy wieczór ale raczej 100% estrogenu 😉
  4. Nie wszystko złoto co się świeci- totalna zmiana scenerii. Trochę moje marzenie- piękne plaże, lazurowa woda i Karaiby a wszystko doprawione humorem, skarbem i tajemnicą. Tu akurat dla mnie osobiście kwestie romansowe nie grają roli. Ahoj przygodo…
  5. Goonies- film lat szczenięcych. Wypożyczany na VHS a obecnie często obecny na antenie TV. Przy czym uwaga!!! Aktualne tłumaczenie bardzo gryzie się z tym zapamiętanym z dawnych lat i jest wręcz jak zgrzyt dlatego wracam do tego filmu z czystego sentymentu ale ze świadomością, że jednak trochę się zmienił…Pulpet ma być Pulpetem a Jadaczka Jadaczką 😉
  6. Roztańczony buntownik- od czasów Dirty Dancing o tańcu filmów było wiele i tytuły jak Step Up zdominowały gatunek. Ja mam wciąż w pamięci australijskiego tancerza, który przez wymyślanie własnych kroków wywrócił taneczny świat do góry nogami. Scena finałowa to wyjątkowe paso doble i ciary na plecach za każdym razem.
  7. Królestwo niebieskie- to pozostawiłam na deser. Średniowiecze, krucjaty czyli moja ukochana historia. Tu również mam ciekawostkę. Film często pojawia się w TV w jednej wersji a ja zachęcam do obejrzenia też wersji reżyserskiej, która nie tylko zawiera dodatkowe sceny jak to zazwyczaj bywa ale wręcz historia opowiedziana jest pod nowym kątem. Warto znać obie wersje bo dopełniają się wręcz genialnie.

 

Tu siłą woli postanowiłam przerwać wymienianie bo tytułów jest po prostu zbyt wiele. Miłego oglądania 🙂

Wyróżnione
Opublikowany w w kuchni

Obiad a’la Ja

Od dawna jestem fanką dań jednogarnkowych. Powód jest prozaiczny…gotowanie w jednym naczyniu to jedno naczynie do zmywania 🙂 wiadomo, że energię również własną należy oszczędzać.

Moja dzisiejsza propozycja jest łatwa i szybka. Opiera się na użyciu blendera (moja nowa wielka miłość) oraz głębokiej patelni.

Składniki:

  • biust kurzy byle nie za duży (czuję, że rymuję)
  • garść świeżego szpinaku
  • pół czerwonej cebulki
  • puszka pomidorów krojonych
  • pół puszki mieszanki warzyw Bonduelle
  • kasza bulgur (jeżeli ktoś woli można użyć kuskus lub drobny makaron w kształcie ziarenek ryżu) w ilości nie więcej niż 1/3 pozostałych składników.

Wykonanie:

Do blendera  wrzuciłam oczyszczone mięso odrobinę rozdrobnione żeby machina nie wybuchła, cebulę i szpinak. Kilka chwil i miałam mielone drobiowo-szpinakowo-cebulowe. Wylądowało na patelni i zaraz za nim reszta składników + woda.

Istotą dań jednogarnkowych jest to, że dajemy więcej wody żeby kasza, makaron lub ryż miały się w czym ugotować. Te dodatki z łatwością zabiorą nadmiar wilgoci z dania.

Co do przypraw to oczywiście poza solą każdy przyprawia jak i czym chce. Ja akurat wybrałam ostrą paprykę. Jeżeli lubicie sosy ze słoiczka to spokojnie można dodać trochę takiego typowo do spaghetti ale nie jest to konieczne.

 

Smacznego 🙂

Wyróżnione
Opublikowany w czas wolny

Do nich wciąż powracam- książki

Postanowiłam napisać o książkach właśnie teraz z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że jak zapewne pamiętacie z styczniowych postanowieniach mam przeczytanie 3 książek a po drugie jestem w trakcie czytania właśnie „książki powracającej”.

Będąc niedawno w domu rodzinnym zaczęłam przeglądać gazetę z programem TV. Z racji tego, że telewizora nie posiadam to i gazet nie kupuję bo program jest mi zbędny. Korzystam z tego jedynie odwiedzając rodziców. Moją uwagę przykuł poniedziałkowy Teatr Telewizji a w nim jakże znajomy tytuł Listy z tamtego świata. Co prawda w książkowym tytule list był jeden 🙂 ale myśli od razu wskoczyły na odpowiedni tor i pokierowały mnie do odpowiedniej półki w domu. Tak oto po latach wróciłam do powieści Kornela Makuszyńskiego List z tamtego świata.

Są też książki, do których wracam cyklicznie. Mam zwyczaj „corocznego czytania Sparkiego”. Chodzi to dokładnie o powieści Davida Eddingsa: Diamentowy tron, Rubinowy rycerz, Szafirowa róża, Ogniste kopuły, Świetliści oraz zwieńczenie cyklu Ukryte miasto. Książek jest aż sześć więc nie każdego roku czytam wszystkie ale powroty są dość regularne a spotkania z bohaterami przypominają odwiedziny dobrych przyjaciół. Fabuła choć znana na wyrywki dostarcza mi za każdym razem tyle samo przyjemności. Od jak dawna trwa moja przyjaźń ze Sparhawkiem i jego drużyną? To już 16 długich lat. Oby posiadane przeze mnie egzemplarze wytrzymały przynajmniej drugie tyle…

Jeszcze dłużej trwa moja zażyłość z Tomkiem Wilmowskim, Anią Shirley i jej najmłodszą córką Rillą. O ile Ani z Zielonego Wzgórza nikomu przedstawiać nie trzeba o tyle moje serce skradła jej najmłodsza latorośl Maryla zwana Rillą. Powieść Rilla ze Złotego Brzegu jest najpoważniejsza w całym cyklu. Nawiązuje do I wojny Światowej bo akcja toczy się właśnie w tym okresie. Mamy tu i śmierć i kalectwo i niepewność o losy bliskich- to chyba faktycznie „najdoroślejsze” oblicze Ani. Wspomniałam też o Tomku Wilmowskim, który łapał kangury, tropił okapi, walczył z ludożercami i gościł na dworze Radży  żadnym innym bohaterem nie odbyłam tylu fascynujących podróży po wszystkich kontynentach. Z nostalgią wracam czasem do pierwszego tomu Tomek w krainie kangurów. Cała seria natomiast jest zdecydowanie na mojej książkowej wishliście.

O kolejnej z moich ukochanych książek raczej nie słyszeliście….Góra Czterech Wiatrów to powieść dla mnie wyjątkowa i bardzo klimatyczna. Koniec II wojny światowej, śląskie szybowisko a na nim niezwykła zbieranina: były więzień obozu koncentracyjnego, grupa warszawskich harcerzy, niedobitki oddziału partyzantów i miejscowi o których nie do końca wiadomo czy to swoi czy obcy. Pierwszej części Pilot gotów nigdy nie udało mi się dorwać ale mam nadzieję, że wszystko przede mną…

Na koniec coś co pewnie Was rozbawi na zasadzie…”ale serio romansidło”? Tak Romansidło a dokładnie trzy romansidła. Wyobraźcie sobie, że istnieje przedmiot, który wpływa na losy świata już od czasów wojny trojańskiej. Niezwykły fortel Odyseusza czyli Koń trojański to nie machina do zdobycia miasta a niewielka, słota figurka konia o wdzięcznej nazwie Tańczący na Wietrze. Pożądał jej papież Borgia, pragnęła Maria Antonina i to pragnienie zaprowadziło ją na szafot. Ogromna moc w małym przedmiocie… Pomimo, że trzy znane mi części cyklu czyli Niewolnica, Burza i Zagadki to typowe romansidła to jednak uwiodły mnie więcej niż raz.

Czy Wy również macie podobny sentyment do pewnych tytułów? Następnym razem opowiem o filmach, które powracają.

Wyróżnione
Opublikowany w Ona i On

Sapioseksualizm- nowe i modne słowo na portalach randkowych.

Określenie jest na tyle świeże, że słownik w edytorze go nie rozpoznał i zaznaczył jako błąd. Jako Kobieta stanu wolnego i otwarta na świat posiadam oczywiście konta na różnych portalach o charakterze randkowym. Od pewnego czasu zaczęły się tam pojawiać opisy typu „jeżeli deklarujesz, że jesteś sapioseksualna ale oceniasz profile tylko po gołej klacie to od razu daj w lewo”. Kto ma tego typu konto ten zapewne wie, że „dać w lewo” oznacza nic innego jak zagłosować na nie.

Samo określenie bardzo mnie zaciekawiło i postanowiłam sprawdzić o co dokładnie chodzi. Na babski rozum: jestem homo sapiens czyli człowiek myślący. Idąc tym tropem sapioseksualizm to pociąg do rozumu czyli do osób inteligentnych. Wujek Google potwierdził mój tok rozumowania ale dodał, że w przypadku osób sapioseksualnych intelekt jest decydującym kryterium doboru partnera a wygląd jest na ostatnim miejscu.

Pomyślałam sobie WTF? Jaki sens ma wypisywanie takich bzdur na portalu, gdzie na podstawie jednej lub kilku fotek decydujesz o czyjejś atrakcyjności. Ocena trwa kilka sekund i ogranicza się do obejrzenia fotek i przesunięcia w prawo lub lewo. Najczęściej nie patrzymy czy ktoś ma w ogóle jakiś opis a więc tym bardziej mało kto je czyta. Co zabawniejsze takie głosowanie w 90% nie skutkuje nawet rozpoczęciem rozmowy. Jak przeglądanie strony sklepu internetowego z ciuchami i wrzucanie do wirtualnego koszyka ciuchów, żeby ostatecznie i tak nie kupić nic bo przy drugim spojrzeniu przestało się podobać. Gdzie więc w tym wszystkim miejsce na ten podkreślany sapioseksualizm?

Wydaje mi się, że po raz kolejny zaczęliśmy nadużywać słowa, którego znaczenie nie do końca rozumiemy. Tak… nie bez przyczyny użyłam końcówki -śmy bo identycznie sprawa się ma jeżeli chodzi o wybory facetów. Spójrzmy prawdzie w oczy… w wyborze partnera jednym z głównych kryteriów jest atrakcyjność fizyczna czyli po prostu wygląd. To on buduje chemię, która zazwyczaj prowadzi ludzi do łóżka. W przypadku prawdziwego sapioseksualizmu jedynym kryterium i katalizatorem jest intelekt wybranka. Mówiąc kolokwialnie może być brzydki jak noc ale skoro ma IQ jak Einstein to jest moim księciem z bajki. Ile takich przypadków znacie oczywiście poza bajką Piękna i Bestia gdzie Bestia na koniec i tak okazuje się „ciachem”? Ja sobie nie przypominam za bardzo ale z drugiej strony starszawa już jestem i mam zaniki pamięci i ogólnie czepiam się 🙂

Czy wobec tego ja uważam się za osobę sapioseksualną? A gdzie tam!!! Jestem wzrokowcem jak większość społeczeństwa z tą różnicą, że nie jest mi wszystko jedno co koleś ma w głowie. I właśnie tu tkwi pomyłka i niezrozumienie tematu… Sapioseksualizm a powiedzenie „nie jest mi wszystko jedno” to nie jest to samo. Nie szukam ani bezrozumnego troglodyty, który przez mięśnie nie mieści się w drzwiach ale też nie koniecznie noblisty. Chodzi o to żeby być na podobnym poziomie intelektualnym…po co? Zwyczajnie żeby mieć o czym rozmawiać i to o czymś więcej niż tylko co dzisiaj na obiad. Chodzi właśnie o równowagę… Jeżeli komuś wystarczy sam sex..ok. Ktoś będzie się realizował w związku w filozoficznych dyskusjach…też dobrze i nie mi to oceniać. Liczę, że istnieje jeszcze równowaga w przyrodzie i znajdę jeszcze swoją Bestię, która zamieni się w Księcia-ciacho ;).

Dodatkowe postanowienie na styczeń:

Zmienić opis na portalach randkowych na:

Jeżeli szukasz ale nie bardzo wiesz czego to uprzedzam, że nie jest mi wszystko jedno z kim, gdzie i jak …zawieram znajomość.

P.S. jeżeli ktoś już publicznie deklaruje sapioseksualizm ale nie do końca rozumie znaczenie pojęcia i jakimś cudem faktycznie trafi na osobę o ponadprzeciętnej inteligencji to wybaczcie ale ściema wyda się w jakieś 5 minut.

Wyróżnione
Opublikowany w czas wolny

Postanowienia noworoczne. Czy w tym roku złamię zasadę i wreszcie coś sobie obiecam?

Moja odpowiedź brzmi „nie do końca”. Nie planuję w nadchodzącym roku robić wielkich deklaracji na 12 miesięcy ale to nie oznacza, że nie podejmę żadnego wyzwania. A oto dlaczego.

Nowy Rok to najczęściej napęd dla wielkich planów i postanowień. Problem w tym, że najczęściej co roku są one dokładnie takie same. Rzucenie palenia, zdrowsze życie, odchudzanie, zmiana stanu cywilnego i inne poważne założenia, które bardzo ciężko zrealizować lub wytrwać w nich. Spójrzmy prawdzie w oczy…jeżeli ktoś pięć lat obiecuje sobie, że rzuci fajki albo zacznie biegać to bez ściemy jakie jest prawdopodobieństwo, że w szóstym podejściu pójdzie mu/jej lepiej? Nie wiem na ile robimy takie plany bo wszyscy coś deklarują czy też może wybieramy mało realne tematy bo nikt nam nie będzie wypominał porażki? Dlatego ja w najbliższym 2019 roku rzucam sobie wyzwanie.

Jak wiadomo rok ma 12 miesięcy i 52 tygodnie w tym oto miejscu składam publiczną deklarację, że na każdy miesiąc będę układała plan składający się z minimum 5 a maksimum 10 punktów. Założenia  danego miesiąca będę uważała za zrealizowane jeżeli uda mi się wykonać plan w 80%. W ten sposób w ciągu roku będę miała nie jedno wielkie postanowienie a około 60 mniejszych i mam nadzieję, że realniejszych do realizacji.

A oto zestaw startowy:

Styczeń:

  • przeczytać 3 książki
  • zacząć kurs Exela
  • zrzucić 2kg
  • wrzucić na Bloga 5 wpisów
  • dokończyć rozpoczętą wyszywankę

Mam nadzieję, że jak na start całkiem niewygórowane mam plany i w miarę je ogarnę. Skąd we mnie taki pomysł? Z kalkulacji:

12 miesięcy x 5 postanowień = 60 postanowień

60 postanowień x80% = 48 zrealizowanych postanowień

a jeżeli bym spojrzała na maksymalną ilość to

12 miesięcy x 10 postanowień = 120 postanowień

120 postanowień x 80%= 96 zrealizowanych postanowień

Nie wiem jak Wy ale ja jeżeli bym miała do wyboru 1 postanowienie dużego kalibru, którego nie uda mi się zrealizować albo 48 mniejszych ale zakończonych powodzeniem to bilans jest chyba prosty… Pierwszego lutego oczywiście rozliczę się z Wami z powyższego tekstu i przedstawię plan na luty.

Zaletą planów miesięcznych jest również to, że nawet małe i z pozoru błahe sprawy mogą przerodzić się w mini projekty  i pomysły „na siebie”. Zachęcam Was do podejmowania wyzwań i proszę trzymajcie kciuki za moje 🙂

Wyróżnione
Opublikowany w Ona i On

Domowy sposób na katar….

Tydzień temu odkryłam idealne lekarstwo na katar. Lek, który działa w 2 dni a nie 7. Ma niestety kilka skutków ubocznych i żadnej ulotki do zapoznania się przed zastosowaniem.

Pierwsza wada jest taka, że działa tylko na kobiety i bardzo wrażliwych mężczyzn. Faceci typu Macho są totalnie uodpornieni na substancję czynną. Druga wada jest taka, że lek powoduje poważną opuchliznę oczu. Ale już lepiej wyglądać jak siedem nieszczęść niż kichać non stop przez siedem dni. Wada numer trzy to brak kampanii społecznych edukujących w możliwościach wykorzystania tego specyfiku. Spójrzmy prawdzie w oczy…żaden koncern farmaceutyczny nie dopuści do upowszechnienia takiego leku. Pozostaje nam zatem stworzenie tradycji ludowej.

Zapewne właśnie w pamięci przeszukałyście wszystkie metody na katar i jesteście ciekawe cóż takiego jest w stanie zadziałać w tak szybkim czasie… Moje Drogie to nic innego jak wredny facet. Jak się okazuje nic tak szybko nie oczyszcza „zawalonych” zatok jak porcja porządnego, spazmatycznego i minimum 4-godzinnego płaczu. Jak w praktyce to działa?

Weźmy dla przykładu kobietę i nazwijmy roboczo Marysia. Nasza pacjentka rozpoznała pierwsze symptomy przeziębienia w czwartkowy wieczór. Trochę kicha, trochę smarka i ogólnie czuje się kiepsko. W piątek objawy przybierają na sile. Ludzie w pracy już po godzinie przestali jej mówić „na zdrowie” bo ewidentnie jej prychanie oznaką zdrowia nie jest. Marysia jako kobieta przezorna zaopatrzyła się w solidne opakowanie chusteczek, olejek do inhalacji i jeden z tych cudownych specyfików na zatoki bez recepty, żeby jakoś dotrwać do fajrantu. Przeżyła ten trudny dzień i to nawet na popołudniową zmianę. Już tutaj należą się jej gratulacje. W sobotę miała sporo planów ale zaspała. Dlaczego? Zwyczajnie grawitacja w okolicach poduszki była jakaś silniejsza niż zwykle i nijak nie pozwalała jej wstać. Zebrała się w sobie, wypełniła kieszenie chusteczkami i wyruszyła na zakupy. Trochę to trwało ale już po zaledwie 2 godzinach była w domu i mogła napawać się inhalacjami – celne uderzenie w sam środeczek. Cudowna ulga..

W tym miejscu pojawia się Pan Kuracja. Ogólnie metod na doprowadzenie kobiety do łez jest wiele…chyba nawet każdy facet ma swoją ulubioną metodę i tekst wkurwotwórczy (ups chyba właśnie powstał neologizm). Skuteczność tekstu to mix wrażliwości i oczekiwań kobiety oraz intencji i znieczulenia faceta. Oto kilka przykładów:

  • A to skoro jesteś chora to ja pójdę z kumplem mecz oglądać, co Ci będę przeszkadzał
  • Więcej się nie spotkamy
  • Hej co u Ciebie? Ja to się trochę nudzę ale wieczorem idę na randkę z inną…
  • Serio chcesz Sylwestra spędzać w Paryżu? A może jednak czipsy i piwo w domu jak co roku?

Nie jest dla nas ważne, która wersja trafiła Marysię jak grom z jasnego nieba. Istotne jest to jak zadziałała. Słowo „wycie” najlepiej chyba określa odgłosy wydawane przez naszą bohaterkę. Co pomyśleli sąsiedzi, tego nie wiem ale grunt, że ani policja ani inne służby się nie zjawiły. Skutkiem lamentu było podwojenie albo i potrojenie intensywności smarkania. Trwało to całe popołudnie i wieczór. W pewnym momencie oczy już tak jej spuchły, że kompres ziołowy był wręcz koniecznością. Wymęczona emocjami i utulona aromatem mentolu i eukaliptusa Marysia zasnęła.

Rano miała kilka symptomów przypominających kaca: ból głowy, nieostre widzenie, brak koordynacji ruchowej ale….nie smarkała. Jej szok był ogromny. Nabrała sił na zmierzenie się z dniem.

W poniedziałek współpracownicy Marysi byli przygotowani na ciąg dalszy kanonady bo to miał być zaledwie dzień piąty czyli samo apogeum kataru. Jakież było ich zdziwienie kiedy okazało się, że niepotrzebnie wykupili zapas maseczek ochronnych w pobliskiej aptece. Marysia wkroczyła do biura jak nowo narodzona i wszystkim pozostało domyślać się jakim cudem tak szybko ozdrowiała.

Teraz i Wy znacie sekret walki z katarem. Z uwagi na uciążliwość kuracji życzę Wam Kobietki dużo zdrówka 🙂

Wyróżnione
Opublikowany w o mnie

Czy rozwód to zawsze krew i łzy?

Rozwód nie jest niczym przyjemnym i nie mam zamiaru wmawiać, że jest inaczej. Jest jednak zjawiskiem bardzo powszechnym. Od mojego minęły właśnie trzy długie lata i chyba nabrałam dystansu żeby trochę opowiedzieć o otoczce.

Na początek kwestia powszechności. Dawno za nami są czasy kiedy ślub był do grobowej deski a rozwody owiane były złą sławą i kojarzyły się ze wstydem. Dzisiaj wszędzie natykamy się na rozwódki i kawalerów drugiego obiegu. Wystarczy przejrzeć znajomych na FB i bez trudu wyłapiemy przynajmniej kilkoro. A im wyższa cyfra powyżej 30-tki tym więcej przykładów.

Mój czas przyszedł w 31-szej wiośnie życia i to dosłownie. Kwiecień już nigdy nie będzie taki sam. Sprawy potoczyły się bardzo szybko z mojego punktu widzenia.  O wrażeniach drugiej strony z przyczyn oczywistych wiem niewiele. W wrześniu wniosek był już złożony. Zgodziłam się pokryć połowę kosztów (tak tak nie ma nic za darmo ale nie jest to cena będąca zaporą) i już w połowie grudnia odbyła się pierwsza i ostatnia rozprawa rozwodowa, której rocznicę niniejszym świętuję.

Wydawać by się mogło, że było zgodnie, sielsko i anielsko ale nie do końca. Co stanowiło zgrzyt w całym procesie? Jak dla mnie zaangażowanie osób trzecich. Mam takie szczęście w nieszczęściu, że mój Ex i Ja pracujemy w jednej firmie więc nasze rozstanie stanowiło niewielki ale jednak skandal obyczajowy. Było przedmiotem domysłów i plotek i przyznam totalnie z serduszka…gdybym miała życie tak bujne i rozrywkowe, nawet w połowie, jak chcieli mi wmówić niektórzy to oj… dziewczyny pilnujcie mężów. Ale nie miałam i z perspektywy czasu to nawet zabawne… Taka ze mnie prowincjonalna Korpo-Kardashainka :). Znaleźli się „spece” od udzielania dobrych rad i przyznam bez bicia do osób tych mimo upływu czasu nadal podchodzę z rezerwą. Taki jakiś niesmak mi pozostał… A fe.

Z punktu widzenia formalności niewiele tego było. Żadnych milionów do podziału więc i szybko poszło. Przyznam, że nie spodziewałam się finału w 8 minut. Na sali rozpraw jest sprytny zegarek. Odmierza czas od startu do zakończenia z pauzą na chwilę uzgodnienia i ogłoszenia postanowienia. Nie wyroku…przecież to nie amerykański film, gdzie wszystko kończy się wyrokiem :). 8 minut zakończyło 7 lat małżeństwa. Dziewczyny przypominacie sobie ile trwało samo planowanie ślubu? Rok? Dłużej? Ślub- godzina, wesele cała noc a potem koniec w 8 minut z czego najwięcej czasu zajmuje sprawdzanie danych z dowodu.

Czy żałuję? Nie.

Czy hucznie świętuję kolejne rocznice? Zdecydowanie nie.

Życie potoczyło się dalej i dla mnie i dla Niego. Najważniejsze to mieć wsparcie. Nie musi być liczne i nie jestem fanką angażowania całego swojego otoczenia w sprawę. Kilka zaufanych osób, które rozumieją, że prawdziwe wsparcie nie polega na wieszaniu psów na stronie przeciwnej, na szukaniu haków i snuciu dywagacji w stylu „ja to od samego początku wiedziałam”. To tak nie działa. Wsparcie nie wymaga nawet wielu słów ale jeżeli jest szczere to nic go nie zastąpi.

 

Wobec tego które określenie wolę? Rozwódka czy Panna z odzysku? Żadne! Mój stan cywilny obecny ani przeszły nie określa tego kim jestem. Jestem Kobietą. Dojrzałą, doświadczoną i świadomą własnych potrzeb i emocji. To słowo określa mnie w pełni.

 

Wyróżnione
Opublikowany w Ona i On

Wibrator, sex shop i inne trudne słowa. Czy zakupy erotyczne to nadal powód do wstydu?

W ciągu roku mamy wiele okazji do otrzymywania prezentów. Urodziny, imieniny, Mikołajki, Boże Narodzenie, od Zająca czy inne okoliczności i rocznice. Otrzymywane prezenty są mniej lub bardziej okazałe i mniej lub bardziej trafione. Co zrobić żeby prezent był strzałem w dziesiątkę? Proponuję raz na jakiś czas zrobić prezent samej sobie. To jedyny pewniak. Dzisiaj bardzo krótko o nietypowych zakupach a mianowicie tych erotycznych.

Gdzieś ciągle pokutuje stereotypowe wyobrażenie sex shopu jako obskurnego miejsca z nachalnym i obleśnym facetem 40+ za ladą. Dookoła manekiny ubrane w lateks a na ścianach pozostałe gadżety niczym w średniowiecznej sali tortur. Nic dziwnego, że kobiecie wstyd jest wejść do „takiego” sklepu. Na szczęście to tylko stereotyp a prawda jest o wiele nudniejsza.

Wnętrze tego typu miejsca przypomina każdy inny sklep. Półki zastawione towarem według typu i przeznaczenia. Subtelna bielizna, jaką można znaleźć i w innych sklepach. Wszystko schludne, opakowane, ometkowane a za ladą akurat dwa razy trafiłam na bardzo miłą i pomocną Panią po 50-tce. Jest w tych sklepach też cywilizacja pozwalająca nie tylko na dyskretne zapakowanie zakupów ale nawet płatność kartą.

Pomimo takiej cywilizacji doskonale wiem, że samo wejście do tak oznaczonego lokalu może być dla kobiety problematyczne dlatego też internet wychodzi naprzeciw oferując zakupy na odległość z bezpiecznych czterech ścian i ulubionego fotela. Dla sceptycznych Pań dodam, że przesyłka w żaden sposób nie jest oznaczona i nie wskazuje osobom postronnym jak Kurier czy Pani w pocztowym okienku jaką zawartość skrywa paczka. Pozostaje zatem najtrudniejsza kwestia czyli wybór.

Tu zaczynają się schody bo wybór jest ogromy…rodzaje, kolory, kształty, materiał…jest tego dużo za dużo dlatego proponuję na pierwsze tego typu zakupy zrezygnować z zakupów tańszych ale zagranicznych…wiecie kobietki chyba co mam na myśli. Ta aplikacja zrobi większy mętlik i może się zdarzyć tak, że od nadmiaru zwyczajnie odechce Wam się zakupów w ogóle. Pomijam już fakt, że czas oczekiwania na przesyłkę jest jaki jest. Zostawmy to zatem na dalszą przyszłość bo nie ukrywam, że warto pobuszować w takich okazjach.

Na pierwsze zamówienie proponuję 2 sposoby:

  • Wybieram najpopularniejszy serwis zakupowy w kraju…Tak ten na A. W nim w wyszukiwarce wpisuję słowo klucz…powiedzmy WIBRATOR. Wyskakują tysiące wyników ale bez obaw zaraz zawęzimy wybór. Przeglądam pierwsze wyniki i wybieram coś co przykuwa moją uwagę. Przechodzę do oferty i tam sprawdzam sprzedawcę. Czy jest to sklep ukierunkowany na tematykę czy całkowity misz-masz. Powiedzmy, że trafiłam na typowy sklep z gadżetami o zabarwieniu erotycznym. Teraz sprawdzam warunki dostawy. Na pierwsze zakupy aby się oswoić polecam paczkomat. Można wtedy iść i odebrać pod osłoną nocy i nie patrzeć w oczy kurierowi lub tłumaczyć się domownikom. Teraz skoro mam już sprzedawcę i dogodne warunki dostawy buszuję sobie w aukcjach tego jednego sklepu. Prawie zawsze będzie tam i tak po kilkanaście modeli każdej zabawki jaka Wam przyjdzie do głowy a nawet takie o jakich nawet nie słyszałyście. Zamówienie, opłata i warunki dostawy i już można czekać na paczkę.
  • Wpisuję do wyszukiwarki hasło kluczowe i czekam aż „wyrzuci” mi adresy internetowe sklepów. Tu podobnie w pierwszej kolejności sprawdzam tematykę sklepu bo przecież śmieszne gadżety na wieczory panieńskie to nie do końca to co mnie interesuje. Następnie warunki i koszty przesyłki. Jeżeli te warunki mi odpowiadają to oczywiście jak w każdym sklepie asortyment mam podzielony na kategorie i nie muszę wertować setek gadżetów. Wybieram spośród tego co faktycznie mnie interesuje. Sam proces zamawiania i płatności jest podobny jak w każdym sklepie internetowym.

Zakupy przez internet mają jedno niewielkie „ale”. Nie polecam ich w przypadku braku wyobraźni do przedmiotów trójwymiarowych. O czym dokładnie mowa? Jeżeli nie umiesz sobie wyobrazić czy 21 cm to dużo czy mało jednak lepiej wybierz się do sklepu stacjonarnego. Przynajmniej na rekonesans jeżeli nie zrobisz zakupów. Będziesz miała przynajmniej wyobrażenie o wielkości, kształcie i innych cechach zewnętrznych produktu.

Czy tego typu zakupy są czymś wstydliwym? Raczej tak bo mamy nadal wiele stereotypów co do sfery cielesnej i erotycznej w naszym życiu i więcej tu nie wypada, zwłaszcza kobiecie. Warto jednak pamiętać, że ten gadżet ma swoje przeznaczenie i nie jest nim bycie przedmiotem umoralniającej dyskusji w jakimkolwiek kręgu. Jeżeli nie szokuje nas już piętnasta prawie identyczna torebka w czyjejś kolekcji to przestańmy się martwić co o nas pomyślą. Wszystkie mamy swoje potrzeby i obawiać się powinni faceci…

Wyróżnione
Opublikowany w czas wolny

Prezentowy zawrót głowy.

Za oknami wreszcie śnieg i nastrój coraz bardziej świąteczny. Choinki usadawiają się w stojakach i zakładają to co mają najładniejszego. Pozostaje tylko skompletować wyposażenie podchoinkowe czyli prezenty. I na ten temat kilka moich refleksji. Co? Komu? Za ile? Jak kupować prezenty żeby nie zwariować, trafić w gust i w dodatku bez kredytu.

  • Dlaczego nie gotówka?

    Prezent w kopercie to częste rozwiązanie w sytuacji jeżeli nie udało się ustalić potrzeb obdarowywanego, przy różnicach pokoleniowych (babcie nie wiedzą co jest modne i nie chcą ryzykować) lub „na ostatnią chwilę”. Taki podarek sprawdza się kiedy ktoś faktycznie ma sprecyzowany cel to jest kolejna cegiełka. W innych warunkach zawartość koperty zazwyczaj idzie na przejedzenie, bilet miesięczny bo to akurat ten czas na dokonanie zakupu. Zwyczajnie po Świętach jesteśmy wypłukani z gotówki i prezent znika na zwyczajne, przyziemne potrzeby jak chleb i mleko czy też faktura za telefon. Prezent niby był ale jakby go nie było.

  • Listy życzeń.

    To jest coś co zdecydowanie planuję wdrożyć. W takiej liście fajne jest to, że można ją ciągle uzupełniać i modyfikować. A dodatkowo mogę umoeścić tam zarówno to czego faktycznie potrzebuję jak i totalne fanaberie. Wystarczy udostępnić taką listę bliskim i mamy załatwione okazje na cały rok. To jest moje noworoczne postanowienie.

  • Prezenty dla dwojga.

    Tu akurat moje refleksje są całkowicie teoretyczne. Ale gdybym pod choinką znalazła kupon do spa dla dwojga, rezerwację na weekend w domku z kominkiem czy VIPowskie bilety na jakiś musical oczywiście też dla dwojga to bym się nigdy nie obraziła. A gdyby to były wczasy pod palmami to nie ma tu już chyba nic do dodania. Prezent, z którego korzysta się wspólnie zamiast kolejnego krawata, zegarka czy perfum, chyba cieszy bardziej jednak.

  • Niespodzianki czyli granat z opóźnionym zapłonem.

    Często chcemy zaskoczyć podarkiem i tu pojawia się spore zagorożenie w dwóch odmianach: zdublowane prezenty i nietrafione. Te najczęściej trafiają do drugiego obiegu. Co to oznacza? Same stają się prezentami urodzinowymi, imieninowymi i na każdą inną możliwą okazję. Zapewne jeżeli się zastanowicie to przypomnicie sobie historię wędrującego obruska albo kompletu pościeli, który krąży od cioci do cioci i tylko patrzeć kiedy dotrze do pierwotnego darczyńcy. Nie ma w sumie nic karygodnego w przekazywaniu tego typu prezentów dalej bo przecież zawsze jest szansa, że komuś się faktycznie przyda a prezenty przecież są żeby sprawiać radość. Jeden warunek- pamiętajmy aby nie oddać prezentu w pierwszym podejściu tej samej osobie a najlepiej aby poszedł w inną gałąź rodziny- tak dla bezpieczeństwa.

  • Bony i karty podarunkowe.

    Mój kolejny typ. Coś między kopertą a faktycznie prezentem i daje pewne pole do popisu. Pozwala też wyeliminować duble i pudła opisane powyżej. Wiele sklepów oferuje dzisiaj karty przedpłacone o różnej wartości. Jeżeli nie mamy pewności czy obdarowywany nie ma już jakiejś książki, kosmetyku czy gadżetu warto pomyśleć o takim prezencie, który z jednej strony pozwoli wybrać coś co ucieszy a z drugiej nie da się tego przejeść jak w przypadku gotówki. Gdyby mnie ktoś pytał to chętnie przyjmę kartę do Empiku lub innej księgarni.

  • Inspiracje na prezenty w sieci.

    Internet a głównie portale społecznościowe mogą pomóc i nakierować na prezent jeżeli tylko mamy czas się przyjrzeć temu co interesuje osobę, dla której prezentu poszukujemy. Na co warto zwracać uwagę? W zasadzie na każdą aktywność: polubienia sklepów i firm, udział w konkursach, zainteresowanie wydarzeniami. Mówiąc bardziej dosadnie: mężczyzno, jeżeli Twoja kobieta polubiła już każdy sklep z biżuterią w promieniu 100km i wzięła udział w tuzinie konkursów o tej tematyce to sugestia jest chyba jasna a przesłanie na tyle klarowne, że warto zaryzykować 🙂

  • Kiedy robić zakupy?

    Ja jestem znana z zostawiania wszystkiego na ostatnią chwilę i ciągle sobie obiecuję, że to już ostatni raz. Warto zakupy rozłożyć w czasie. Jeżeli prezent jest już ustalony i wybrany możemy spokojnie dokonać zakupu wcześniej. W ten sposób wydatki też rozłożymy na kilka wypłat zamiast wszystko ogarniać z jednej. Robiąc jednak zakupy w ten sposób dla własnego spokoju musimy pamiętać o jednej ważnej rzeczy: JEŻELI JUŻ COŚ KUPIŁAM TO NIE SPRAWDZAM POTEM CEN. Dlaczego? Ceny w ciągu roku wahają się i mamy po drodze kilka okresów „wyprzedażowych”. Czy jest wtedy taniej czy drożej to już oczywiście inna kwestia ale dla samych siebie ograniczmy porównywanie po tym kiedy paczuszka leży już przygotowana. Prezenty mają dawać radość a nie stresy. Rozpoczęcie zakupów w październiku nie jest niczym niezwykłym i zdecydowanie popieram zwłaszcza, jeżeli do obdarowania jest wiele osób. Również przy zakupach online warto pamiętać, że im bliżej świąt tym większe prawdopodobieństwo, że sklep albo kurier nie zdąży na czas.

  • Duże prezenty czy upominki a może każdemu po równo w określonym przedziale cenowym?

    Nie dajmy się zwariować. Na Ciocię widywaną dwa razy w roku nie wydamy przecież tyle co na rodziców, partnera czy dziecko. Im bliższa relacja tym bardziej osobiste prezenty i też nie ukrywajmy droższe. Dalszym krewnym i znajomym zazwyczaj daje się drobniejsze upominki o ile w ogóle w rodzinie jest taki zwyczaj. Święta to też okazja do rozwijania kreatywności. Jeżeli interesuje Cię rękodzieło to miłym akcentem jest ręczne wykonanie upominków, kartek świątecznych czy nawet ozdób choinkowych. Jest to też okazja do rodzinnej zabawy i zaangażowania dzieci.

    Tyle z mojej strony strony dzisiaj. Możemy z czystym sumieniem wyruszać do sklepów tych zwykłych i internetowych. W następnym wpisie coś o bardzo kobiecych zakupach.

Wyróżnione
Opublikowany w o mnie

Horoskopy, wróżby, zaklęcia i klątwy. Mała wiedźma jest w każdej z nas.

Dzisiaj Andrzejki, czyli jeden z najbardziej magicznych dni w roku i jedyny taki w tradycji chrześcijańskiej. Ja ciągle mam w pamięci te szkolne ostatki z wróżbami…rozchichrane dziewczyny i koledzy z burakiem na twarzy.

Czy dzisiaj ta noc jest nadal magiczna? Z perspektywy moich bagatela 34 lat już chyba nie ale to nie oznacza, że w magię nie wierzę. Po pierwsze wiele zwyczajów magicznych jest związanych z fazami księżyca, podobnie jak rytm życia kobiety. Po drugie w tradycji pogańskiej, literaturze i ogólnie kulturze częściej to kobiety kojarzone są z szeroko pojętą magią.

W moim przypadku nie zagłębiałam się w temat aż tak, żeby uważać się za jakikolwiek autorytet ale mam swoje pewne doświadczenia.

  1. Sny- czasami po przebudzeniu zupełnie nie pamiętam tego co tworzyła moja podświadomość całą noc, innym razem budzę się z uczuciem niepokoju i pamiętam wszystko dokładnie jak film odtwarzany raz za razem w pamięci. Kilka razy moje sny sprawdziły się. Szkoda tylko, że te negatywne zazwyczaj. W snach też podobno często odwiedzają nas bliskie i zmarłe osoby żeby przypomnieć o sobie. Robią to tak długo aż odwiedzany „wpadnie w odwiedziny”. Ja w to wierzę i na swoim przykładzie zachęcam do odpowiadania na takie zaproszenia. Po jednym ze snów sama poczułam się jak rasowa wiedźma 🙂 Śniłam o znajomej, która wyjechała za granicę i kontakt mamy bardzo znikomy. We śnie rozmawiałyśmy, było ogólnie wesoło poza tym, że miała w brzuchu dziurę. Taką solidną i głęboką ale bez bólu czy krwi. Rano wstałam i jak to czyni większość populacji zajrzałam na FB. a tam szok…ta sama znajoma prezentuje potomstwo…W czasie kiedy śniłam o niej i dziurze w brzuchu ona akurat rodziła dziecko… Od razu wiem co pomyślicie ale nie…nawet nie wiedziałam, że jest w ciąży….Przypadek czy magia?
  2. Poczucie niewyjaśnionej obecności. To akurat bardzo niepokojący objaw. Może powodować dyskomfort a nawet strach. Niedawno zmieniłam mieszkanie i mam w zwyczaju nocne wędrówki w trójkącie łóżko-> łazienka->wodopój->łóżko. Przez dobre dwa tygodnie czułam, że w tych wędrówkach nie jestem sama. Jakby ktoś siedział sobie w kuchni za stołem i po prostu obserwował. Od razu wiadomo, ciarki na całym ciele i byle szybciej pod kołdrę. Wrażenie minęło tak jakby obserwator upewnił się, że może w spokoju sobie odejść. Teraz pozostały mi już tylko zwykłe sąsiedzkie hałasy i ruchliwa ulica za oknem.
  3. Ostatni bliski mi aspekt magiczny to znaki zodiaku. Ja sama jestem Wodnikiem a więc też oazą spokoju i cichym dziobakiem, który od czasu do czasu przejawia talenty artystyczne. W moim przypadku właśnie Was tym talentem atakuję. Moim kamieniem jest ametyst i kocham fiolet w związku z tym. A co z miłością? Podobno harmonijny związek mogę stworzyć z innym Wodnikiem lub Bliźniętami ale jeszcze nie miałam okazji się o tym przekonać. Moim przekleństwem z kolei są Lwy. Ktoś by się zaraz obruszył…”dlaczego tak generalizujesz”….w tym jednym przypadku wiem co piszę bo testowane na żywym organizmie i to akurat moim. Lew jest znakiem spolaryzowanym do Wodnika czyli gdyby ułożyć 12 znaków zodiaku w koło to jest jak godzina 6 i 12 dokładnie naprzeciwko. Takie znaki bardzo się przyciągają i wynajdują w tłumie jednak niestety zawsze i nieuchronnie kończy się to katastrofą. Jaki jest zatem facet Lew? Czy jest odważny jak jego pierwowzór w naturze? Zdecydowanie nie. Kto z nas nie pamięta filmów przyrodniczych. Piękna afrykańska sawanna, król w cieniu drzewa a dookoła jego harem i pełno małych uroczych lwiątek. On ma wszystko podane pod paszczę i jedyne co musi to przekazać geny. A Lew na dwóch nogach…jaką ma największą wadę? NIEZDECYDOWANIE…tak dokładnie nie potrafi podejmować decyzji w kwestiach poważnych jak dla przykładu związek (dla pewności test powtórzony 4 razy w ciągu mojego żywota). A jednocześnie ciężko mu zerwać relację bo to wygodnie tak leżeć na sawannie i nie musieć robić nic 🙂 Panowie Lwy …uważajcie żeby Was kiedyś te baby nie zagryzły za ten brak inicjatywy.

Na koniec o klątwach. Czy faktycznie da się kogoś przekląć mniej lub bardziej świadomie? Na temat moich życiowych nieszczęść miałam i mam pewną teorię i uważam, że słowo wypowiedziane w złej godzinie może narobić szkody. Nie znaczy to, że na pewno sama nie rzuciłam nic podobnego na wiatr. Tego żaden człowiek pewien być nie może. W oto i mała próbka takiej klątwy: Niechaj moc Pani potrójnej:Dziewicy, Matki i Staruchy poczuje w lędźwiach każdy mężczyzna, który w pełni świadomie, z rozmysłem postanowi aby mnie słowem zwieść, czynem wykorzystać i bez pożegnania odejść. Niechaj Pani siły lędźwiom jego odbierze na rok i dzień lub do chwili gdy szczerze z głębi duszy żal i skruchę okaże.
Klątwę niechaj Pani cofnie jeżeli przed upływem naznaczonego czasu inna niewiasta, pomimo niemocy lędźwi Jego po trzykroć miłość mu przyrzeknie a On jej. Aby żadna kobieta nie cierpiała za krzywdy moje.
Odmień los aby na mnie zła wola poprzestała. 

Pamiętajmy, że karma wraca z mocą potrójną. Nie wiem jak Wy ale ja wolę, żeby ten zwrot przyszedł mi na ogromny, skumulowany plus…kiedyś w przyszłości.

Wyróżnione
Opublikowany w Ona i On

Ja o kawie a On o sexie czyli różnice językowe między płciami.

Od pewnego czasu zastanawia mnie pewna sprawa. W jaki sposób mężczyźni ze spotkania na kawę tudzież herbatę robią zaproszenie do łóżka?

Do analizy przedstawię kilka faktów:

  1. Kawa i herbata to napoje, które można spożywać zarówno w domu jak i miejscach publicznych.
  2. Nie zawierają alkoholu.
  3. Można je spożywać w ubraniu a jeżeli ktoś jest gapa i zawsze coś na siebie wyleje, to nawet wskazane są dodatkowe okrycia.
  4. Lekarze odradzają spożywania płynów w pozycji leżącej gdyż grozi to zachłyśnięciem i śmiercią.
  5. Spożywanie płynów nie wyklucza swobodnej rozmowy.
  6. Według słownika języka polskiego słowa kawa oraz herbata nie są używane na określenie stosunku płciowego ani innej formy obcowania cielesnego uznawanego za niestosowne.

Skąd więc takie skojarzenia? W dodatku tego typu planowane spotkania mają dziwną tendencję do ewolucji między chwilą ustalenia daty i miejsca do faktycznego spotkania.

Oto zawiła droga ewolucji: umawiamy się w biały dzień, środek miasta, popularna knajpa-> pracuję dłużej…może przesuńmy to bliżej wieczora-> co będziemy tak wieczorem po mieście łazić…może masz na osiedlu jakąś knajpkę-> po co wychodzić? podaj lepiej adres :)-> Mam kupić gumki czy bierzesz pigułki?

Być może warto poradzić się jakiegoś kryptologa, członka Mensy lub profesora logiki? Jeżeli ktoś rozwikła tę łamigłówkę powinien dostać jakąś ważną nagrodę o bardzo długiej nazwie nadawaną przez zacną kapitułę. Zasłuży na to…

Moja kandydatura jest następująca:

Kawę niektórzy piją z mlekiem, które jest nabiałem. Podobnie jak jajka. W jajku jest białko oraz ŻÓŁTKO… przestawiamy literki i wywalamy zbędne T i co nam pozostaje?

ŁÓŻKO jak w mordę strzelił…. Ja to jednak jestem równie genialna co skromna 🙂

Wyróżnione
Opublikowany w Ona i On

Jak utrudnić sobie życie czyli Facet nawet kiedy nie pije potrafi mieć kaca.

Relacje międzyludzkie są trudne i jeżeli ktoś twierdzi inaczej to zapewne właśnie chlapnął sobie coś mocniejszego i nie ogarnia rzeczywistości. Poza komunikacją werbalną, która jak się okazuje też nie jest mega jednoznaczna (o czym w następnym tekście), mamy cały wachlarz zachowań i wewnętrznych bitw, nad którymi nawet się nie zastanawiamy. Z jednego niewinnego zdarzenia potrafimy stworzyć myślowego potwora, który nie daje nam spać w nocy aż zaczyna żyć własnym życiem. Mamy wtedy ciągłą rozkminę „co by było gdyby i odrywamy się od realnego świata.

Są też relacje przypominające zakrapianą imprezę. Zaczyna się miło i sympatycznie, jak większość katastrof. Śmiech, relaks, zabawa, całkowite rozluźnienie aż do totalnego błogostanu. W tej specyficznej imprezie biorą oczywiście udział On i Ona. Każde z nich odbiera pozytywne bodźce trochę inaczej.

Ona wypełnia się energią życiową, która choć tylko pozornie zdaje się nie mieć końca. Dwa dni radosna jak skowronek. Robi kilka rzeczy na raz i podejmuje wyzwania. Dlaczego dwa dni? Bo mniej więcej tyle potrzebują hormony szczęścia żeby  ulotnić się z organizmu o ile nie dostarczy mu się nowej porcji pozytywnych bodźców.

Co natomiast w tym czasie robi nasz On? Cierpi katusze 😦 ma kaca moralnego bo już zaczyna żałować. Było za miło, zbyt czule. A jeszcze Ona sobie pomyśli, że to coś więcej niż faktycznie było. I tak bez końca. Zadręczanie się wywołuje ból głowy i suchość w gardle zupełnie jak prawdziwy kac. A w skrajnych przypadkach nawet mdłości i drżenie rąk. Facet dotknięty taką przypadłością zazwyczaj robi najgorszą możliwą rzecz…

Uruchamia tryb milczący. Zero kontaktu z bazą. Nagle zapracowany, przytłoczony nadmiarem obowiązków. Ona zaczyna się martwić, dobijać i sprawdzać czy niedoszła ofiara jeszcze żyje czy już dogorywa. Najbardziej wytrwałe uderzają w lekki stalking. Te delikatniejsze tracą zgromadzoną energię w przyspieszonym tempie.

A przecież wieczór był taki miły…

Brzmi znajomo?

 

Wyróżnione
Opublikowany w o mnie

Witajcie w Myszopolis

           Myszopolis…Tak postanowiłam nazwać przestrzeń w jakiej żyję i o której pośrednio będę pisać. Nie jest to metropolia. Zdecydowanie w takim anonimowym skupisku ludzkim nie mogłabym się odnaleźć. Myszopolis to jedno z tych miejsc, które udowadnia, że świat jest mały.

Kim jest wobec tego Szara Korpo Myszka?

  • Płeć: Kobieta
  • Wiek: 30+
  • Wykształcenie: humanistyczne
  • Stan cywilny: znowu panna
  • Motywacja do pisania: podobno nieźle mi to wychodzi

           Lojalnie uprzedzam, że wszystkie prezentowane wpisy będą czysto subiektywne. Każda/każdy z nas postrzega świat i to co nas spotyka w różny sposób i ciężko doszukiwać się tu prawd uniwersalnych. Roboczo stworzyłam trzy główne kategorie ale nigdzie nie jest powiedziane, że tak pozostanie na wieki wieków.

           Czytelników o delikatnych nerwach pragnę zapewnić, że chwilami może być drastycznie, erotycznie i ogólnie niemoralnie ale przecież w dzisiejszych czasach nie ma już w zasadzie tematów tabu.

 

Zapraszam do lektury.